sobota, 22 maja 2010

Wino, kobiety i śpiew

Dobra, nikt nie śpiewał, i kobiet też właściwie nie było, ale wina nie brakowało, a dzięki temu tytuł przynajmniej jest ładny.

Tak więc temat będzie o winie. Prawda, Indie raczej nie słyną z tego trunku, i daleko im do Francji, Australii czy Kalifornii, a spożycie jest mniejsze niż 1 litr per capita. Można by to tłumaczyć przytłaczającą ilością ludności, ale tak naprawdę w całej południowej Azji wino nie jest popularne.

Właściwie nie mogę sobie przypomnieć żadnego alkoholu z którego słynąłby kraj świętej krowy.

Pewnej słonecznej niedzieli wybrałem się z kumplem - Arjunem na jednodniową wycieczkę do miejscowości Nashik, położonej ok 180 km od Bombaju, co daje ponad 4 godziny jazdy. Na miejscu byliśmy około południa, i nie zwlekając, udaliśmy się do celu naszej podróży - winnic Sula. Wino o tej nazwie, mimo iż jest na rynku od stosunkowo niedawna, można bezsprzecznie uznać za najlepsze indyjskie osiągnięcie w dziedzinie fermentacji winogron.

Koszt zakupu wina w sklepie w Bombaju przekracza 1000 rupii - głównie z powodu wysokich podatków. Na szczęście w samej winnicy ceny były bardziej przyjazne.





W czasie zwiedzania się kilku ciekawych rzeczy. Winnica została założona w roku 1997 przez Hindusa, który pracował w Kalifornii. Po powrocie do swojego kraju najpierw zajął się uprawą mango, ale kiedy ten pomysł nie wypalił, przerzucił się na wino. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Z początkowych 30 akrów, winnica rozrosła się do 1500 akrów, i jest w stanie produkować 7 milionów litrów. W Indiach są dwa sezony zbioru winogron, jednakże Sula wykorzystuje tylko jeden - od stycznia do marca. Pomijając dalsze fakty na temat produkcji, fermentacji i butelkowania, przejdźmy do najlepszej części zwiedzania winiarni, czyli do degustacji. Po kolei mieliśmy okazję spróbować sześciu różnych win: musujące, 2 rodzaje białego, jedno czerwone, jedno różowe i jedno.. hmm chyba też różowe.





Po degustacji kupiliśmy całą butelkę czerwonego wina i spędziliśmy upalne popołudnie siedząc w cieniu na balkonie winnicy, podziwiając okolice, odpoczywając z dala od głośnego i zanieczyszczonego Bombaju. Kieliszek wina, drobna pogawędka i bryza znad jeziora. W międzyczasie spotkaliśmy kolegę Arjuna, który mieszka w Nashik. Razem pojechaliśmy do następnej winnicy i dotarliśmy nad brzeg jeziora. Pod wieczór ów kolega zabrał nas jeszcze do swojego domu, gdzie spotkaliśmy jego rodziców.





Co prawda powrotny autobus do Bombaju wyssał z nas całą radość dnia, szczególnie przejazd przez dzielnicę Thane, gdzie powietrze motywuje do nieoddychania, ale i tak była to przyjemna wycieczka.

niedziela, 16 maja 2010

La plaża

Wraz z nadejściem weekendu zawsze pojawia się pytanie, co robić. Oczywiście można zostać w domu i próżnować na internecie. Można także wybrać się na jakąś imprezę, do klubu czy do kina. Kolejną opcją jest wycieczka za miasto, ale do tego trzeba potrzeba trochę mobilizacji oraz dobrego pomysłu. A właściwie dobrego miejsca, a tych, mimo wszystko, nie jest aż tak dużo. Hmm, chyba że się dobrze rozejrzymy.

Od pewnego czasu przewijał się pomysł wybrania się na plaże w okolicach Alibagu, jako że te w Bombaju nie zachęcają do pływania, czy nawet poleżenia na piasku (za to są idealnym miejscem do zjedzenia czegoś dziwnego i kupienia różowego słonika od lokalnego sprzedawcy). Tak więc w końcu razem z Santiago zdecydowaliśmy się zorganizować małą wyprawę w celu odkrycia jakiegoś nowego miejsca na weekendowy wypad. Miało z nami jeszcze pojechać kilka innych osób, ale ponieważ nikomu nie chciało się wstać wcześnie rano w niedzielę, to zostaliśmy sami. No cóż, jakbyśmy zawsze czekali na wszystkich innych to nigdy byśmy nigdzie nie doszli.

Dotarcie do Alibagu nie było zbyt skomplikowane... względnie. W końcu musieliśmy skorzystać z rikszy, pociągu, taksówki, promu, autobusu i znowuż rikszy. W szczegółach wygląda to tak: Alibag jest nadmorską miejscowością położoną ok. 35 kilometrów na południe od Bombaju. Dojazd autobusem zabiera około 4 godzin (!). Znacznie szybciej, a co ważniejsze, znacznie przyjemniej (!!!) możemy dostać się tam promem, odpływającym spod Gateway of India. Rejs trwa godzinę i kosztuje, w zależności od przewoźnika, od 65 do 100 rupii. W cenę biletu wliczony jest także bilet autobusowy z przystani do samego miasta - następne 40 minut drogi, już nie takiej odświeżającej jak bryza na promie, ale dalej dużo lepszej niż piekielne wyziewy w Bombaju.



Sam Alibag nie jest zbytnio nadzwyczajnym miejscem - jeśli nie liczyć sporadycznych kubłów na śmieci w kształcie pingwinów i królików. "Miejska plaża" jest próbą stworzenia czegoś w rodzaju nadmorskiego deptaku, ale do Sopotu czy Makarskiej "trochę" temu deptakowi brakuje.





Na wybrzeżu znajduje się wiele innych miejsc wypoczynkowych, ale niestety te "lepsze" położone są kolejne 30-40 kilometrów na południe, wobec czego nie mogliśmy do nich dotrzeć w ciągu jednego dnia. Nie namyślając się długo, udaliśmy się do oddalonej o 7 kilometrów plaży w Nagaon. Dotarliśmy tam w czasie przypływu, kiedy większość brzegu znajduje się pod wodą. Cóż, nie da się ukryć - Nagaon to nie Goa. Plaże nie są zadbane, a ciemny, trochę mułowaty piasek powoduje, że woda wygląda na brudną. Mimo wszystko jest to całkiem przyjemne miejsce na jednodniowy relaks poza metropolią. Przynajmniej temperatura morza jest idealna.




Przy okazji warto zwrócić uwagę na biznes kręcący się wokół plaż w Indiach. W wielu miejscach można przepłynąć się łódką, "bananem" lub wynająć kajak. Jest nawet opcja krótkiej przejażdżki na skuterze wodnym... ale tylko jako pasażer. Mimo, że oferta jest dość skromna i niezbyt zachwycająca (w porównaniu z resortami np. w Europie), to i tak chętnych nie brakuje.
Ach, i jeszcze jedno, skoro już jesteśmy w temacie morza (nie mam tego gdzie indziej wepchnąć) - Hindusi nie lubią zbytnio wody. Wystarczy powiedzieć, że zdecydowana większość z nich kompletnie nie umie pływać i z pewnością nie ma chęci się nauczyć. No, chyba że do wody pójdą się popluskać dziewczyny z Ameryki czy Europy - wtedy Hindusi tłumnie i odważnie idą za nimi.

Wracając do wyprawy - był to tylko zwiad. Kilka tygodni później zebrała się całkiem spora ekipa (około 15 osób, czyli większość AIESEC-owych praktykantów w Bombaju) i razem pojechaliśmy na plażę w Nagaon. Chociaż niektórym osobom plaża nie przypadła zbytnio do gustu, to ostatecznie było całkiem spoko. W każdym razie chłopaki i tak bawili się dobrze - mieliśmy piłkę i miejsce do grania w nogę, więc czego chcieć więcej.




sobota, 8 maja 2010

Poza ubitą ścieżką

Nie da się ukryć, że wiele miejsc w Indiach jest oblężonych przez turystów. Wydawałoby się, że taki odległy kraj… gdzie tam, przy obecnych stosunkowo częstych i tanich lotach (jeśli tylko wulkany na Islandii siedzą cicho), w kraju świętej krowy jest natłok obcokrajowców – z których większość posługuje się przewodnikiem Lonley Planet. Nie ma ich może aż tylu ile przed Luwrem, ale znalezienie ciekawego, unikatowego i mało znanego miejsca nie jest aż takie proste, jak mogłoby się wydawać. Na wycieczce, którą opisuję, prawie nam się to udało.

Była to kolejna z weekendowych wypraw, zaczynająca się w piątek wieczór kilkunastogodzinnym przejazdem pociągiem, i podobnie kończąca się w poniedziałek rano. Skład ekipy był następujący: Agata z Polski, Santiago i Cesar z Kolumbii oraz Maria Angela z Włoch. Głównym celem podróży była Palitana, ale o niej za chwilę. Naszym przystankiem, jak i miejscem noclegowym stało się wiochowate, półmilionowe miasto Bhavnagar, położone na północ od Bombaju, w stanie Gudźarat. Stamtąd pochodzi poniższe zdjęcie, choć budynek do złudzenia przypomina scenografię z Gwiezdnych Wojen z pustynnej planety Tatooine.




Pierwszego dnia postanowiliśmy dotrzeć na plażę. Ktoś z naszej paczki wyczytał gdzieś, nie wiadomo gdzie, że całkiem przyjemna plaża znajduje się w miejscowości (... jak sobie przypomnę to uzupełnię), zaledwie 70 km od Bhavnagar. Znalezienie transportu jest w Indiach sprawą dość interesującą. Samo wynajęcie taksówki, rikszy, czy właściwie czegoś, co ma koła i imitacje siedzeń nie nastręcza zbyt wielu problemów, jednak dyskusja zaczyna się, gdy idzie o cenę. Ponadto, w takich prowincjonalnych miasteczkach obcokrajowcy wzbudzają dość duże zainteresowanie, szczególnie jeśli wśród przybyszów znajdują się kobiety. W tym wypadku każda rozmowa z tubylcami, zazwyczaj w celu zasięgnięcia informacji, przyciąga całe tłumy Hindusów, otaczających nas kołem i gapiących się bez przerwy. Właściwie jeśli chodzi o podejście do kobiet z zagranicy, szczególnie białych, to wielu (niestety naprawdę wielu) Hindusów jest kompletnie nienormalnych. Ale ten temat jest długi i najlepiej pewnie opisałyby to panie, które były w tym kraju przez jakiś czas.

Wracając do wycieczki, w końcu zdecydowaliśmy się na autobus. Jechaliśmy około dwóch godzin przez płaskie jak stół równiny, bez żadnych ciekawszych miejsc – jedynie w Taladży, gdzie mieliśmy przesiadkę, na wzgórzu dostrzegliśmy ciekawe zabudowania fortu, ale nie mieliśmy czasu, żeby przyjrzeć się bliżej. W końcu dotarliśmy… do pustkowia, położonego na środku niczego, albo jeszcze dalej. To ledwo zasługiwało na miano wioski – była tam świątynia, kilka zabudowań i kilka sklepików, z których chyba nikt nie korzystał, ale które z pewnością chciały inspirować do miana centrum handlowego. Plaża? Buahahaha, trochę błota. Właściwie całkiem dużo błota. Prawdziwa kopalnia błota! Szczęki nam z leksza opadły, no ale skoro już tu jesteśmy, po przejechaniu 800 km, to trzeba się cieszyć tym no się ma (nawet jak się nie ma niczego). Po przebrnięciu mulistego brzegu dotarliśmy do jeszcze bardziej mulistej wody, która nie zachęcała postawienia w niej stopy, nie mówiąc już o pływaniu.





Najbardziej charakterystycznym punktem w okolicy była latarnia morska, która wobec braku jakichkolwiek innych perspektyw szybko stała się celem naszego spacerku. Hmm, powinienem raczej powiedzieć "przedzierania się przez pola i krzaki". Dla pracujących w polu wieśniaków musieliśmy chyba wyglądać jak demony z innego wymiaru. Widok z latarni był całkiem niezły, wraz z komentarzem latarnika, którego ucieszyła możliwość porozmawiania z kimś po angielsku.




Prawdziwa zabawa zaczęła się jednak później, gdy próbowaliśmy zorganizować transport z powrotem do Bhavnagar. Mimo zapewnień miejscowych (z którymi ledwo mogliśmy się porozumieć), autobus się nie pojawiał, a z powodu problemów komunikacyjnych nie byliśmy nawet pewni skąd odjeżdża. A w wiosce nie było żadnego innego pojazdu kołowego (nie liczę wołów w zaprzęgu, choć nawet i tych nie dostrzegliśmy). Nadszedł wieczór i nad naszym pustkowiem zapadła ciemność. Atmosferę wzbogacały dziwne odgłosy dzwonków z pobliskiej świątyni, bogato ozdobionej niezbyt artystycznymi, ale za to bardzo kolorowymi i ekspresywnymi figurkami demonów i dziwacznych zwierząt. Jedno z poniższych zdjęć przedstawia naszą wesołą kompanię, wcinającą chrupki i wpadającą na pomysły, że za chwilę zostaniemy zjedzeni albo złożeni w ofierze jakimś lokalnym bóstwom. Jednak w końcu nadjechał nasz autobus, dzięki czemu udało nam się wrócić do naszego hotelu na całkiem dobrą kolację. Jak to powiedział jeden Hindus na nasz widok "mniami mniami mniam". :D



Przed snem wypiliśmy jeszcze kilka drinków z naszych zapasów przywiezionych z Bombaju. Gudźarat to tak zwany „dry state”, co oznacza, że nie da się tam kupić alkoholu. Oficjalnie. Według statystyk, jest to także czwarty stan pod względem spożycia Whisky w Indiach.

Nie mieliśmy zbyt dużo czasu na sen – wstaliśmy jeszcze przed wschodem słońca. Czekał nasz długi marsz, a koniecznie chcieliśmy uniknąć skwaru południa. Wynajętym z hotelu samochodem dojechaliśmy do Palitany, najświętszego miejsca Dżinizmu i głównego miejsca pielgrzymek dla osób kierujących się tym systemem wierzeń. Na szczycie wzgórza górującego nad Palitaną znajduje się prawdziwe miasto świątyń z ponad 1300 obiektami. Aby się tam dostać, należy pokonać ponad 3000 schodów, co zajmuje prawie dwie godziny. Ponadto, w czasie drogi, a także na szczycie, nie można spożywać żadnych posiłków ani pić żadnych płynów (my przemyciliśmy w plecakach kilka paczek chipsów i ciasteczek).





Same świątynie naprawdę robią wrażenie, a widok ze wzgórza jest zachwycający. Bogactwo kształtów i form, labirynty wąskich chodniczków przeplatających się wzajemnie i prowadzących do coraz to bardziej zaskakujących miejsc, puste dziedzińce i place wypełnione wiernymi skupionymi nad swoimi rytuałami – to wszystko znajduje się w obrębie murów tego niesamowitego miasta. Łatwo zgubić się, wędrując bez celu i obserwując bogato zdobione świątynie i posążki, wraz z armią ludzi, którzy codziennie myją i sprzątają każdy zakamarek tego świata wyjętego prosto z legend.












Nawiązując do początku tego posta, Palitana jest mało znanym miejscem – w biblii turystów (ciągle mówię o Lonley Planet) poświęcono jej mały akapit. Jednakże nawet tu można ich spotkać – sądząc po księdze odwiedzin codziennie pojawiają się tu obcokrajowcy. Znaleźliśmy także wpisy Polaków, i to nie mało.

Po powrocie do Bhavnagar zostało nam jeszcze trochę czasu przed powrotnym pociągiem. Spędziliśmy go głównie na leniwym leżeniu w miejscowym parku (czy raczej czymś co park miało z założenia przypominać). Po tych małych wakacjach znowu można wrócić do naszego spokojnego Bombaju…

niedziela, 25 kwietnia 2010

Najniebezpieczniejsze zwierzęta świata

Dzisiejszy odcinek nie będzie o tygrysach, hipopotamach czy nawet jadowitych wężach. Właściwie jakby chcieć to rozpatrywać w kategoriach realnego zagrożenia, to królem niebezpiecznych zwierząt zostałby pewnie komar.
Już to kilka razy pewnie nadmieniałem, ale tutaj poważnym problemem są stada psów. Chociaż tak naprawdę tutaj nikt nie myśli o tym w kategoriach "problemu". Po prostu są i tyle. Bezdomne psy występują w ilościach hurtowych i organizują się w gangi, które rządzą swoimi kawałkami ulicy (no może trochę przesadzam, ale tak to wygląda). Są zdziczałe, pogryzione, pobite, kulawe i przenoszą tyle bakterii że pewnie mogłyby robić za ruchome laboratorium biologiczne. Z pewnością nie mają pieskiego życia - np. śpi sobie pies przy krawężniku, nagle ni stąd ni zowąd podchodzi Hindus z długim, cienkim patykiem i uderza zwierzaka z całej siły. Tak po prostu. Pewnie dlatego też czasami zdarzają się następujące wypadki.

Idę sobie wieczorem uliczką koło mojego domu, a że lampy niespecjalnie tłoczą się wzdłuż drogi, to jest dość ciemno. Mijam kilka chatek lokalnej biedoty, gdzie ludzie i psy śpią na ulicy. Nagle, jeden z psów budzi się i w momencie doskakuje do mnie, gryząc mnie w nogę. Instynktownie odskoczyłem, wyrywając się z paszczy zwierzaka (no i takie ładne spodnie były, no gdzie ja dziś takie kupię??). Zacząłem jak głupi krzyczeć na psa, ale chyba mnie nie zrozumiał, bo darłem się po polsku, może co najwyżej dorzucając kilka przekleństw po angielsku. No ale cóż, przemyłem ranę alkoholem, potem mydłem kilka razy, a później dzięki pomocy znajomych szybko dostałem się do szpitala, gdzie ponownie przemyto mi rany. Dostałem jeszcze dwa zastrzyki - jak na razie - muszę udać się po więcej w nadchodzących dniach (mam cały terminarz rozgrywek ze strzykawkami). Ach, i jeszcze antybiotyki rano i wieczorem.

Także, koniec końców, szlag trafił niedzielny mecz w piłkę nożną.

Jeszcze jedna uwaga, zanim zacznę się przemieniać w indyjskiego piesołaka: jakby ktoś pragnął poznać ciekawe, lub mrożące krew w żyłach historie, to powinien udać się na ostry dyżur i zacząć podsłuchiwać. Dobra, wiem, dosyć oczywiste stwierdzenie, ale jak już je wpisałem to niech zostanie.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Stairway to Heaven



Nie da się ukryć że czegoś mi tu brakowało. Poza oczywistymi schabowymi i świętami w śniegu.
Chodzi o wyprawy w góry, albo chociażby jakaś krótka przechadzka po wzgórzach, bez ryzyka bycia rozjechanym przez rikszę. Właściwie każdy wypad za miasto to przyjemna rozrywka. Ach, "wyjazd za Bombaj" to co najmniej kilka godzin drogi. Korków, pociągów, autobusów, promów. Właściwie wszystko do 200-300 km od centrum jest traktowane jako krótka, weekendowa przejażdżka.

Ale do rzeczy. Albo przynajmniej w kierunku konkretów.

TCS (czyli firma w której pracuję), jak wiele wielkich korporacji, zapewnia swoim pracownikom różne rozrywki. Jednym z nich są kluby o nazwie Maitree. Kluby śpiewu, tańca, gry na gitarze, czy też, jak można by podejrzewać po wstępie, miłośników wycieczek. Ci ostatni organizują właśnie jednodniowe wypady w ciekawe miejsca. A jest w czym wybierać, jako że w samym stanie Maharashtra jest około 400 fortów (lub pozostałości po nich). Problemem jest zazwyczaj to, że każdy chce jechać, a ilość miejsc jest mocno ograniczona. Ponieważ decyduje kolejność zgłoszeń, trzeba się wykazać refleksem. I to nie byle jakim. 3 minuty po otwarciu zapisów nie było już wolnych miejsc.
Na szczęście tym razem udało mi się załapać. W piątek wieczór, zaraz po pracy, z kolegą z biura DP (skrót od imion, których nie pamiętam, wszyscy i tak mówią DP), oraz około 35 innymi pracownikami TCS wyruszyliśmy w nocną podróż. Celem wyprawy był fort Ratangad, u podnóży którego znaleźliśmy się o 5 rano. Wspinaczkę należy zacząć wcześnie, gdyż upał w południe raczej nie zachęca wychylenia dzioba z jaskini. Trochę niewyspani (autobus trząsł się jakby jechał po polu minowym i chyba nikt nie zmrużył oka) ruszyliśmy w 3 godzinną przechadzkę na szczyt płaskowyżu - prawdę powiedziawszy trasę można by spokojnie zrobić w półtorej godziny, no ale nie każdy ma taką kondycję jak ja (ekhy ekhy ekhy... sory zmęczyłem się klikaniem w klawiaturę).






Urozmaiceniem były żelazne drabiny, które czasy swojej świetności miały już trochę za sobą. Właściwie były tak stare, że chyba po prostu zapomniały się rozpaść. Wysiłek wspinaczki wynagrodzony został niesamowitym widokiem na malownicze jeziora, tamę, góry i przepaście. Z samego fortu zostały tylko ruiny obejmujące samotną wieżę, kilka rowów, podziemny rezerwuar wody pitnej (tzn. ja z niego piłem i jeszcze żyję), oraz resztki bram i murów. Najbardziej niesamowitym elementem były jednak kamienne schody, przyczajone w wąskim przesmyku pomiędzy dwoma strzelistymi skałami i zawieszone nad głęboką przepaścią. Schody opadały stromo w dół i prowadziły ... donikąd, nagle urywając się w połowie góry. Ale widok z tego "nikąd" zapierał dech w piersiach. Zejście w dół wymagało pewnej dozy odwagi i dobrej przyczepności do skał. Zastanawia mnie jak to wyglądało ten tysiąc lat temu (albo dwa). Czy ktoś używał tych schodów np. codziennie - żeby zajść do sklepu po świeże mleko? :D








Upał południa przeczekaliśmy w cieniu jaskini na szczycie. Tam też pożywiliśmy się najpierw śniadaniem, a po południu lunchem (dalej mnie ciekawi kto wniósł ten wielki gar po tych zardzewiałych drabinach). W drodze powrotnej wstąpiliśmy jeszcze do Amruteshwar - małej, lecz przepięknie ozdobionej świątyni Hinduskiej, datowanej na VIII wiek.






środa, 14 kwietnia 2010

miasto

Dzisiaj utknąłem w korku. No, nie tylko dzisiaj. Ale dzisiaj szczególnie.

Kiedy autobus w ciągu 20 minut przemieścił się o mniej niż 20 metrów, a powietrze w autobusie kompletnie zamarło, zostawiając tylko ponad 40-stopniowy żar i pocących się ludzi, doszedłem do wniosku, że lepiej będzie udać się do domu pieszo, mimo że miałbym do pokonania kilka kilometrów.

Przyczyną korku okazała się ... uliczna potańcówka, z ciężarówką, figurką jakiegoś bóstwa i nie więcej niż 50 osobami. Na środku jednej z głównych tras łączących dzielnice Bombaju. Zaraz obok niesamowicie wielkiego i pustego pola.

Jakby to skomentować? Hmmm... na myśl przychodzi mi tylko jedno słowo:

Standard...

wtorek, 6 kwietnia 2010

10..9..8..7..6..5..4..3..2..1..

Powrót na Goa, a także podróż w czasie, gdyż wrócimy się jeszcze do końca ostatniego roku, a właściwie do samej jego końcówki.

Wiele praktykantów, a i nie tylko, postanowiło spędzić Sylwestra na plażach Goa. Ponieważ bilety kolejowe były niedostępne już od ponad miesiąca lub dwóch, wybraliśmy autobus, a jako że było nas prawie 30 osób, to świętowanie zaczęło się już podczas drogi.
Zmianie uległo też miejsce docelowe - zamiast piaszczystych i spokojnych plaż Palolem zdecydowaliśmy się na mniej urokliwe, ale za to oferujące więcej barów i dyskotek okolice Anjuny.
Noc sylwestrową spędziliśmy na dyskotece w miejscowości Baga. O północy wyszliśmy na miejscową plażę, co właściwie nie było takim genialnym pomysłem, ponieważ znajdowało się tam więcej Hindusów niż ziarenek piasku, w związku z czym wykonaliśmy szybki "w tył zwrot".

Kolejne dni to już standardowe :) wylegiwanie się na słoneczku i pływanie w oceanie, przeplatane tanim piwem i jedzeniem z małych restauracyjek (bambusowo-palmowych szop). Plaża w Anjunie ma co najmniej jeden minus w porównaniu z Palolem. Chodzi o ostre jak brzytwy skałki, czające się blisko brzegu. Aby się spokojnie popluskać najpierw należy przebrnąć przez zdradliwe pola minowe (no.. skałowe?). Raz byłem nieuważny i wpadłem na całą bandę takich bazaltów. Mimo że fale były dość małe, to i tak przesuwały mnie o mały kroczek - dokładnie taki, żeby wpaść w objęcia kolejnej porcji wystających z dna kamulców. Ogólnie więc musiało to wyglądać żałośnie, kiedy dorosła osoba* próbowała desperacko wydostać się z wody sięgającej jej do kostek.
*noo.. podszywająca się pod jedną z nich

Ciekawym (lub też nieciekawym) zjawiskiem jest inwazja Ruskich na Goa. Jest tu naprawdę mnóstwo naszych wschodnich sąsiadów, szczególnie tych "nowobogackich". I co najlepsze, prawie wszyscy wyglądają dokładnie jak ze stereotypów - ostro wymalowne kobitki w krótkich spódniczkach i białych kozaczkach oraz krótko obcięci kolesie-szafy o mało inteligentnym wyrazie twarzy.

Największą frajdą okazało się, tak jak ostatnim razem, wynajęcie pojazdów dwukołowych. Przy czym tym razem postanowiliśmy z Timem z Finlandii spróbować jazdy na motocyklu. Ja nigdy w życiu na czymś takim nie jechałem, ale nie był to problem, bo Timo też nie. Wzięliśmy więc model Hero Honda- nie tylko dlatego, że był prosty w prowadzeniu i tani (ok 10$ za 24 godziny), ale także dlatego, że jest to jeden z najbardziej popularnych motorów, wobec czego części zamienne są tanie jak barszcz. Dzięki temu nawet jakbyśmy roztrzaskali naszą maszynę, to naprawa kosztowałaby grosze. Początkowo uczyliśmy się jeździć dookoła naszego hoteliku*. Pierwszego dnia szlo mi nie najlepiej, ale jakoś trzymałem się drogi. Natomiast drugiego dnia, w niedzielę, wstałem przed 8, wsiadłem na Hondę i pojechałem po prostu przed siebie, gdzie oczy poniosą. Cóż... polecam, zdecydowanie polecam ;]

*W moim i kilku innych kolegów przypadku, był to zadaszony dach (?) z wielką populacją komarów. Kosztował tylko 300 RS za noc. Ach, jeszcze uwaga - w okolicach Nowego Roku, w środku sezonu, ceny są dwu, a nawet trzykrotnie wyższe niż zazwyczaj. Na przykład, wynajęcie motocyklu w innym terminie kosztuje ok. 6$.

Na koniec zdjęcia. Byłoby ich więcej, i byłyby moje, gdyby moja karta pamięci (z dożywotnią gwarancją) nie przestała działać pod koniec wyjazdu, zabierając do cybernetycznej otchłani wszystkie zrobione przeze mnie fotki. Widocznie karta miała gwarancję do końca życia... karty.