niedziela, 4 lipca 2010

Stolica


Kontynuując moją wyprawę, dotarłem, tym razem sam, do Delhi.

Nie chce mi się tu opisywać pustych danych o Delhi, i prawdę powiedziawszy nie przypominam sobie żadnych niesamowitych faktów o tym miejscu, wobec czego Wikipedia powinna wystarczyć. W czasie mojego jednodniowego pobytu też właściwie nie stało się nic ciekawego, nie licząc standardowych - bycia oszukanym przez kierowcę rikszy, długotrwałego poszukiwania kontaktu do podładowania komórki itp.
Jeśli by już coś rzec, to może rzućmy tu jakieś porównanie do Bombaju.
  • Z tego co wiem, w Delhi jest dużo większa przestępczość.
  • Stolica Indii może się pochwalić dużymi i w miarę dobrze utrzymanymi parkami i terenami zielonymi. Natomiast w Bombaju zielono to jest chyba tylko wtedy jak ktoś świeżo pomaluje sobie w tym kolorze domek - jedynym wyjątkiem jest tu park narodowy w północnej części miasta, ale w czasie weekendu jest on tak zatłoczony że wyrażenie 'miejska dżungla' można tu rozpatrywać w sensie dosłownym.
  • Riksze w Delhi nie używają liczników (właściwie w Indiach robią to prawie tylko rikszarze z Bombaju). Chcesz bracie gdzieś dojechać - powodzenia w targowaniu się.
  • Uliczne jedzenie - tak naprawdę, chyba najlepsza strona Delhi. Po za tym, że jest tanie jak barszcz, to jeszcze smakuje naprawdę dobrze. Przez cały dzień żywiłem się tylko z tych małych, przydrożnych straganików, zapychając się oraz to nowymi przekąskami.
Indyjskie 'Śniadanie na trawie'.



Ponadto Delhi, w odróżnieniu od Bombaju, ma całkiem sporo atrakcji turystycznych.

Czerwony Fort
Najsłynniejszy bodajże zabytek Delhi. Jest to siedemnastowieczny zespół pałaców, otoczony 2-kilometrowym murem sięgającym na wysokość 33 metrów. Został wzniesiony przez (hmhmh raczej na polecenie) cesarza imperium indyjskich Wielkich Mongołów - Shaha Jahana. Założę się, że w życiu nie zgadniecie koloru murów i niektórych budowli.
Bilety jak zwykle występują w dwóch kategoriach - tanie dla Hindusów i drogie dla turystów. Ja oczywiście wybrałem opcję nr 1. Strażnik początkowo nie chciał mnie wpuścić i był niezbyt uprzejmy, ale gdy zaprezentowałem mu moją kartę pracownika to od razu zrobił się przyjacielski i przepuścił mnie bez żadnych dalszych ceregieli. Tak.. Tata ma w tym kraju poważanie, a bycie pracownikiem tej firmy zazwyczaj ułatwia wiele rzeczy.
Do fortu wchodzi się przez monumentalną Bramę Lahore. Jej nazwa bierze się stąd, że jest skierowana w stronę tego miasta, obecnie położonego w Pakistanie. Podobny motyw jak krakowska w Warszawie czy Bielska w Skoczowie. Po przejściu przez bazar (no bo co by innego Hindusi mogli postawić przy wejściu... hmmm pomyślmy..) dostajemy się na rozległy teren wypełniony rozmaitymi budowlami. Na pierwszym planie wita nas Diwan-i-Am oraz Diwan-i-Khas, ze wspaniałym tronem, na którym cesarz zasiadał podczas publicznych (ten pierwszy) i prywatnych(ten drugi) ceremonii i audiencji. Dalej są królewskie łaźnie, meczety i prywatne komnaty. Całość trochę szpecą dziwne magazynopodobne budowle, chyba rządowe, które stoją w dalszych częściach kompleksu. Dzięki temu nie rzucają się tak strasznie w oczy - ale osobiście i tak bym przejechał po nich koparką, albo przynajmniej jakoś przedekorował żeby lepiej wpasowały się w klimat.
Jak na główną turystyczną atrakcję przystało, roi się tu od turystów. Uwagę zwracają jednak wycieczki szkolne, gdyż każda ze szkół ma zupełnie inne zestawy kolorów - co chwilę przesuwają się przed oczami równe procesje kolorowych mundurków.









Dżinijska świątynia Digambara
Warto zobaczyć choćby z tego powodu, że znajduje się tu szpital dla ptaków (i nie tylko). A sama świątynia też jest niczego sobie.




Jama Masjid
Największy meczet w Indiach. Cóż, jest to naprawdę wielki.. plac. Szukałem jakiegoś wejścia do środka, szczególnie że wysoka cena sugerowała coś więcej.. ale nie ma. Plac. Tyle. (Zdjęcia 3,4 i 6 przedstawiają inny meczet).




Raj Ghat
Miejsce kremacji Mahatmy Gandhiego - Ojca Narodu, jak go nazywają Hindusi. Obecnie znajduje się tu ładny i zadbany park z czarnym, marmurowym pomnikiem.



Grób Cesarza Humayuna
Ten monumentalny grobowiec nie bez przyczyny przypomina Taj Mahal - chociaż właściwie powinienem powiedzieć to na odwrót. Grób Humayuna powstał wcześniej i był w pewnym stopniu wzorem dla najwspanialszego zabytku Indii. Ze wszystkich zabytków Delhi, a właściwie całej tej wycieczki, to miejsce najbardziej mi się spodobało. Niewątpliwie przyczyniła się do tego stosunkowo mała liczba odwiedzających - cały kompleks, w którym znajdują się także inne grobowce, emanował ciszą i spokojem. W odróżnieniu od zwykłej ulicy, można by tu nawet usłyszeć swoje myśli (jeśli się jakoweś ma).






Kompleks Qtub Minar
Najbardziej efektowna budowlą jest pochodząca z XII wieku wieża Qtub Minar, będąca jednocześnie najwyższym ceglanym minaretem na świecie. Składa się z pięciu osobnych poziomów i wznosi na wysokość 72.5 metra. Została zbudowana dla uczczenia zwycięstwa nad Hinduskim władcą Delhi, i można ją uznać za symbol początku panowania Islamu w północnych Indiach.
Wraz z wieżą wzniesiono na ruinach hinduskiej świątyni pierwszy w Indiach meczet, zwany Quwwrat-ul-Islam Masjid (z arab. 'Potęga Islamu').
Na placu pod Qtub Minar znajduje się osobliwy Żelazny Filar. Wznoszący się na wysokość ponad siedmiu metrów i ważący ponad sześć ton słup pochodzi z czwartego wieku naszej ery, kiedy to wzniesiono go na cześć Wisznu - wiemy to z umieszczonej na nim inskrypcji w Sanskrycie. Mimo iż słup stoi już ponad 1600 lat na świeżym powietrzu i wykonany jest w 98% z żelaza, nie ma na nim śladu korozji. Nie do końca wiadomo, jak został w owych czasach stworzony, ale świadczy o wyjątkowych zdolnościach metalurgicznych rzemieślników tamtego okresu. Według popularnego wierzenia, jeśli staniemy do filaru tyłem i zapleciemy za nim ręce, to spełni się nasze marzenie. Ale cóż, teorię tę ciężko sprawdzić odkąd słup otoczono płotkiem.








Świątynia Lotosu
Pośrodku dużego, zadbanego obszaru równo przystrzyżonych trawników lśni fantastycznie ukształtowana kopuła Bahai House of Worship. Przed naszymi oczami, otoczony wodą, rozkwita wielki kwiat lotosu. Filozofia świątyni odrzuca nietolerancję religijną, promuje pokój i zaprasza wyznawców wszystkich wierzeń do modlitwy i medytacji. Z powodu wielu chętnych/turystów, wyznawcy owi muszą najpierw postać w równiutkich kolejkach, wysłuchać kilku słów na temat zachowania ciszy, zakazu robienia zdjęć i ogólnego dobrego zachowania. Warto wejść chociażby po to aby zobaczyć konstrukcję kopuły, która z wewnątrz jest przynajmniej tak samo fascynująca jak z zewnątrz.





Gurdwara Bangla Sahib
Świątynia Sikhijska.



Sikhowie wywodzą się z Pendżabu i są dumnym ludem. Centralnym punktem tej religii jest wiara w uniwersalnego, nieskończonego Boga. Sikhizm jest w pewnym sensie syntezą Islamu i Hinduizmu - jeden Bóg o wielu imionach. Wyznawcy czczą 10 pierwszych guru oraz napisaną przez nich świętą księgę. Nie wdając się w szczegóły, warto jeszcze powiedzieć, że każdy ochrzczony Sikh ma obowiązek zawsze nosić pięć symboli kultu, z których każdy ma pewne znaczenie:
-Nieostrzyżone włosy
-mały, drewniany grzebień
-krótkie spodenki noszone pod ubraniem
-krótki żelazny miecz/nóż
-stalowa bransoletka
Cechą charakterystyczną jest także nakrycie głowy (zdjęcia z internetu).



I na koniec 'Delhi by Night' z dzieciakami które same garnęły się do zdjęcia.



Słowniczek drogowy

z działu 'Bestiariusz'
Przechodzieńzob. Przeszkoda, Zwłoki.
Przechodzień, jako taki, nie istnieje. Jeśli na drodze pojawi się coś, co ma mniej niż dwa koła, należy nie zwracać na to uwagi, i w żadnym wypadku nie zwalniać. Zatrzymanie dozwolone jest jedynie w wypadku, gdy przechodzień wkręci się w koło i nie chce puścić. Do odstraszania owych dziwnych zjaw wiesza się na samochodach suszone papryczki-talizmany. Inną skuteczną bronią jest trąbienie, chociaż kołek w serce ponoć także rozwiązuje sprawę (szczególnie jeśli przechodzień dalej trzyma się koła – warto spróbować). Opisywane stwory mogą pojawić się znienacka, więc zawsze należy być przygotowanym do gwałtownego przyspieszenia i pozbycia się drani. Nie spuszczajcie ręki z klaksonu!

Chodnik – rzadko spotykane rozszerzenie jezdni, przydatne szczególnie w czasie korków. Od pozostałej części drogi wyróżnia chodnik to, że częściej można tu spotkać istoty posiadające nogi zamiast kół, które bezczelnie zawadzają spokojnym pojazdom. Istoty te znikają, jeśli rozwiniemy dostatecznie dużą prędkość.

Droga – dowolny teren, na który da się wjechać naszym pojazdem.

Światłazob. nieśmiała sugestia.

Klakson – najbardziej popularna broń drogowa, a dla niektórych sposób bycia. W każdym możliwym znaczeniu - „trąbię więc jestem”. Nie chodzi tylko o to, żeby dać znać innym, że znajdujemy się na drodze (albo chodniku, poboczu czy już w jeziorze). Trąbienie jest czymś unikatowym – pozwala wyrażać swoje (głośne) JA lepiej niż poezja. Można by to nazwać „muzyką ulicy”, pod warunkiem, że byłby to heavy metal grany przez głuchego masochistę.
Oprócz standardowych 'biiiip', istnieje wiele odmian klaksonów, o różnych barwach, tonacjach i poziomach głośności:
1.głośny
2.bardziej głośny
3.supernova
Startujący prom kosmiczny mieści się pomiędzy 1 a 2.
Niektóre trąbki układają się w długie melodie i aspirują do miana symfonii. Co nie zmienia faktu, że przy dłuższym przysłuchiwaniu się i tak doprowadzają do dzikiego szału połączonego ze ślinotokiem i szaleńczym wywijaniem rękami.

Pas jezdni, linia ciągła, zakaz wyprzedzania – nie znaleziono w słowniku.

Ruch – lewostronny … statystycznie rzecz biorąc. Odchylenie od normy zdarza się w miarę często. Wchodząc na jezdnię rozglądajcie się w obie strony. Szkoda by było zostać wdeptanym w asfalt przez ciężarówkę, której tam nawet nie powinno być.

Konduktor – odmiana aligatora, występująca w każdym autobusie. Snuje się wokoło i wciska ludziom bilety, jednocześnie wyciskając rupie, chociaż w niewielkich ilościach. Jak na krokodyla przystało, często kłapie przyrządem do kasowania biletów, który wygląda zupełnie jak zwykła obcinaczka do paznokci. Ma to zwrócić uwagę innych mieszkańców rzeki (bo tak czasem może wyglądać droga w czasie monsunu), i przypomnieć im o konieczności nabycia biletu. Nieodłączną częścią wyposażenia aligatora jest skrzyneczka z biletami o różnych kolorach – w myśl zasady inna cena/inny kolorek.

Amortyzatory - aromotyCO? A właściwie i po co niby montować te tam ~. Rozpędzony autobus wpadający w dziurę wybija się tak wysoko, że umożliwia pasażerom darmową naukę latania.

Zasady rządzące światem drogi
Pierwsza zasada dynamiki – należy dynamicznie wjechać tam, gdzie akurat jest miejsce. Czy jest jest to nasz pas ruchu, czy jest przejazd, czy w ogóle jest asfalt (nie mówiąc już o tym czy są przechodnie) – to wszystko są elementy, które w obliczeniach możemy zaniedbać.

Druga zasada dynamiki autobusów – kierowca dba o zdrowie swoich pasażerów przez to, że nie zatrzymuje się na przystankach, dzięki czemu pasażerowie mają okazję poćwiczyć mięśnie nóg i rąk w czasie wskakiwania do środka.

Trzecia zasada dynamiki rikszy (obowiązująca w czasie monsunu)– riksze przestają się poruszać samoistnie w czasie największego deszczu (tzn. psują się). Czas potrzebny do znalezienia następnej rikszy lub autobusu jest równy czasowi przemoknięcia do suchej nitki.

niedziela, 13 czerwca 2010

Różowe miasto


Jaipur jest ponad 3-milionową stolicą Radżastanu. Jest to pierwsze 'zaplanowane' miasto Indii. Powstało w pierwszej połowie XVIII wieku, kiedy przeniesiono tu stolicę z fortu Amber. Jak padło w tytule, Jaipur faktycznie jest różowy. Został pomalowany na ten kolor w związku z wizytą Księcia Walii w XIX wieku. Tak, po prostu pokolorowali sobie domki na cześć przyjazdu przyszłego króla Anglii.

Do naszej małej grupki z Udaipuru dołączyła Ela z Polski. Przez chwilę także zwiedzaliśmy razem z dwójką Francuzów.

Najciekawszą częścią naszej wizyty w Jaipurze (ech no na naszą cześć nie pomalowali niczego) było zwiedzanie fortu Amber. Jest to jeden z najciekawszych tego typu obiektów w Indiach, a także jedna z głównych atrakcji turystycznych samego Radżastanu. Położony na wzgórzach niedaleko miasta fort łączy w sobie hinduistyczną i muzułmańską architekturę, a malowniczy, aczkolwiek suchy, półpustynny krajobraz dodaje temu miejscu dodatkowego uroku. Po okolicznych graniach pnie się obronny mur z basztami ustawionymi co kawałek. Szkoda, że nie mieliśmy czasu, aby przejść się wzdłuż umocnień - taka wyprawa z pewnością zabrałaby nam większość dnia.




Zamiast tego wjechaliśmy do fortu na słoniu.


Przejazd na tym wielkouchym zwierzaku jest turystyczno-komercyjny i kosztuje ponad 500 RS, ale tak czy siak warto. Raz się żyje (hmm.. zależy od filozofii, szczególnie tutaj...). Kiedyś do biznesu przyczepili się obrońcy praw zwierząt (możliwe że całkiem słusznie), i wprowadzono ograniczenia. Jeśli dobrze pamiętam, to każdy olbrzym może zrobić dziennie tylko 5 wjazdów, a ponadto ma także coś w stylu weekendów. Czy słonie mogą aplikować o urlopy, podróże służbowe czy też chorobowe - nie pytałem, ale jestem pewien że jeśli tak to moja firma zrobiła by aplikację do obsługi i ewidencji owych 'pracowników'. W każdym razie, mimo że słoni jest ponad setka, już około 10-11 rano zwierzaki wyczerpują swoje 'limity' i wracają na chatę, wobec czego trzeba wstać wcześnie, aby się załapać na przejażdżkę.
Razem z Elą postanowiliśmy skorzystać z opisywanej atrakcji. Mieliśmy szczęście - trafiliśmy na przedostatniego słonia. Dwa miejsca za nami w kolejce było japońskie małżeństwo z kilkuletnią (5-6) córeczką. Poprosili nas, żebyśmy zabrali dziewczynkę ze sobą. Nie byliśmy pewni, czy to jest dobry pomysł, ale po naleganiach w końcu się zgodziliśmy. Dziewczynka okazała się dzielna i razem, powoli sunąc na wielkim słoniu, wjechaliśmy do fortu.



Wybaczcie głupawy kapelusz - musiałem się jakoś bronić przed słońcem. Pod ręką była tylko tania podróba sprzedawana przez lokalnego handlarza, ale nie miałem wyboru.






Resztę dnia spędziliśmy w centrum miasta, które objechaliśmy na rikszach rowerowych za bardzo małe pieniądze. Rikszarze chcieli po 20 RS za godzinę! Dalibyśmy im więcej, ale na końcu nagle wyskoczyli z wielokrotnie wyższą ceną - na co się nie zgodziliśmy, bo umowa to umowa, szczególnie że sami do nas podjechali i zaproponowali swoje warunki, na które (zdziwieni) przystaliśmy.

Oglądając kiedykolwiek zdjęcia lub programy z Jaipuru na pewno traficie na ten budynek:



To jest Hawa Mahal - 'Pałac Wiatrów'. Nazwa wiąże się z konstrukcją budowli, która umożliwia dużą cyrkulację powietrza we wnętrzu pałacu. Powiedzmy, że jest to starodawna wersja klimatyzacji. Małe okienka pozwalały także kobietom z haremu (Hawa Mahal jest przedłużeniem miejskiego pałacu) obserwować codzienne życie, targ i ceremonie, jednocześnie pozostając w ukryciu.




Jal Mahal ('Pałac Wodny') oraz szalone obserwatorium astronomiczne Jantar Mantar.

Wieczorem nasza wesoła kompania się rozdzieliła - moi towarzysze pojechali do Agry, ja natomiast kupiłem bilet do Delhi. Powodem 'rozstania' były inne plany podróżnicze - Nicolas i Anca mieli spędzić kolejny tydzień na północ od Delhi (gdzie, miejmy nadzieję, też się wybiorę), a ja musiałem wracać do pracy.
Do odjazdu zostały mi ponad dwie godziny. Myślałem, że spędzę je w jakimś zacisznym miejscu na odpoczynku, jako że nie czułem się zbyt dobrze - mecz w krykieta w Kocie, na którym słońce uprażyło nas na skwarki, dalej dawał mi się nieźle we znaki. Jednak moja obecność nie pozostała niezauważona - jeden z rikszarzy (tym razem tych motorowych) zaproponował mi, że zabierze mnie do kilku sklepów. Gadka szmatka jak zazwyczaj - za przywiezienie klientów dostają pewną prowizję - a że moim marzeniem było krzesło i totalny bezruch, to odmówiłem. I odmówiłem jeszcze raz. Powiedziałem 'nie'. i jeszcze raz. I znowu. I kolejny raz. 'Nie'. 'Nie, dziękuję'. 'Naprawdę nie'... i tak jeszcze przez chwilę. W pewnym momencie Hindus powiedział, że da mi poprowadzić swój pojazd. To od razu postawiło mnie na nogi - i już chwilę później, po krótkiej walce z zapłonem i biegami na kierownicy, pędziliśmy piekielną machiną przez nocne ulice Jaipuru.

Na koniec zdjęcie, które miało być na Wielkanoc. U nas maluje się pisanki, a w Indiach?

wtorek, 8 czerwca 2010

Wesele

Kontynuując naszą podróż dotarliśmy do miasta o nazwie Kota. Nie ma tam nic szczególnie wartego zwiedzenia pod względem turystycznym, ale też nie to było naszym zamiarem. Z Koty pochodzi jeden z naszych indyjskich przyjaciół, Saumitra. Tak się złożyło, że jego siostra wychodziła za maż, a my mieliśmy szczęście dostać zaproszenia na jej wesele. Prawdę powiedziawszy był to główny cel naszej wyprawy, cała reszta może być traktowana jako dodatek.

  • Dzień pierwszy - hotel
Rodzina Sumitry pochodzi raczej z wyższych sfer. Pomijając wpływy i politykę, jest w miarę bogata. Nie aż tak jak całe masy indyjskich milionerów, ale też nie mają na co narzekać. Dzięki temu zostaliśmy zakwaterowani w bardzo dobrym hotelu. Obsługa, klima, plazma na ścianie, dobre jedzenie - i to wszystko za friko. Oprócz nas (znanych z poprzedniej części Nicolasa i Anki), na wesele dotarli także Kevin z Australii - właściwie z pochodzenia Chińczyk, ale tak naprawdę to już kompletny Australijczyk, o ksywce Patel (odpowiednik "Kowalskiego' W Indiach... no, jeden z odpowiedników) , oraz Angelika z Kazachstanu. Ponadto zjawiło się wielu kolegów Sumitry, z różnych stron Indii. Co ciekawe, choć niektórzy byli żonaci, to nie wzięli ze sobą swoich wybranek.
Oczywiście pomijam obie dość liczne rodziny pana młodego - z południa Indii, i pani młodej - z Radżastanu.
Sam dzień, zresztą jak pozostałe, upłynął na kompletnym lenistwie i relaksie w hotelu, z przerwami na krótkie wyprawy do domu panny młodej na śniadanie i lunch. TV klima gadka szmatka jedzenie i tak w kółko. Ach, nie można zapomnieć o hazardzie w pokera. Ktoś przegrał przez te 3 dni z pięć tysiaków, ktoś wygrał cztery. Ja wyszedłem na zero.



Kevin 'Patel', Nicolas, Anca, Angelika, Saumit i Satya

Wieczorem pierwszego dnia było przyjęcie dla najbliższej rodziny i przyjaciół. Właściwie w większości dla rodziny panny młodej, choć sama panna młoda z druhnami bawiły się osobno. Na imprezie było dużo dobrego jedzenia, alkohol (tylko w tym dniu) i muzyka grana na żywo przez zespół, który, choć jeszcze nie w pełnym składzie, to już nieźle zacinał lokalne, indyjskie rytmy. Niewielu z gości tańczyło, chociaż ci którzy wybrali tę opcję (czyli między innymi my) bawili się dobrze.






Na ostatnim zdjęciu - Sumitra z mamą (z lewej), Shivani i Angelika

Filmik z tańców:



Jeden z kolegów Sumitry, Saumit, okazał się jednym z uczestników indyjskiej wersji Idola, gdzie dotarł do finału. Dał się namówić na zaśpiewanie kilku piosenek, co szczególnie ucieszyło muzykantów.



Zabawa skończyła się kolo drugiej, jeśli się nie mylę. Na koniec odbyła się wielka wyżerka pieczonych kurczaków (nie, to nie jest jakaś tradycja, to byliśmy tylko my i kurczaki, które nie powinny się przecież zmarnować..)

  • Dzień drugi - ślub
Sam dzień upłynął tak jak poprzedni, przy czym ciekawym elementem było odwiedzenie weselnego zespołu muzycznego, który został zakwaterowany na dachu hotelu.

Strój na wesele:
Panowie ubierają się w garnitury. Tyle. Natomiast panie obowiązkowo noszą sari, albo inne tradycyjne indyjskie kobiece ubiory (przyciemniane okulary nie są obowiązkowe :D ).




Właściwe ceremonie zaczęły się po południu. Pan młody pojechał do domu panny młodej na białym koniu, w orszaku mężczyzn ze swojej rodziny, oraz gości - takich jak my. Podczas wjazdu do domu rodzina pana młodego wręczyła drugiej rodzinie podarki (kosze owoców i różnego jedzenia), za co dostali kwiatowe naszyjniki. Przed wejściem do domu pan młody musiał uderzyć szablą (rodzina z kasty 'rycerskiej') w symbol zawieszony nad drzwiami. Nie było to takie łatwe, ponieważ.. koń był dosyć zdenerwowany, najpewniej z powodu dużej ilości ludzi i niewielkiej przestrzeni. W końcu jednak zwierzę zdecydowało się zrobić kilka kroków do przodu i tradycji stało się zadość.



Następnie, już wewnątrz domu, odbyła się ceremonia zaślubin, którą przeprowadził kapłan. Ceremonia ta trwała dość długo i składała się głównie z modłów bramina.


Młoda Para


Sumitra z siostrą, Sandeep

Do końca rytuałów zostały głównie kobiety, większość gości, w tym my, opuściła dom wcześniej. Udaliśmy się z powrotem do hotelu, gdzie urządziliśmy własną imprezę.



  • Dzień trzeci - gra
Ostatni dzień wesela zaczął się od meczu krykieta - gospodarze versus goście. W tej drugiej drużynie znaleźli się wszyscy obcokrajowcy oraz koledzy Sumitry. Mimo zaciętego oporu przegraliśmy ośmioma runami - czyli nie było tak źle. A najlepsze, że dopiero po meczu nauczyłem się, jak prawidłowo łapać piłkę. W następnych dniach odczuliśmy też, że granie (stanie) w bezchmurne południe bez czapek nie jest najlepszym pomysłem...
Wieczorem odbyło się główne przyjęcie wesela, na otwartym powietrzu, w parku pałacu w Kocie (Kota - w Kocie?). Zazwyczaj w tym wydarzeniu uczestniczą tłumy osób, nierzadko przekraczające tysiąc ludzi. Jednakże u nas na tłok nie można było narzekać, gdyż ... było zimno. Jakimś sposobem. Większość gości szybko opuściła przyjęcie. Za to zespół, już w całej okazałości, dalej grał skoczną muzykę, choć tym razem na małym parkiecie tańczyłem tylko ja, Kevin i bodajże wujek Sumitry, który nas tam zaciągnął.




Na koniec wybraliśmy się jeszcze na przechadzkę po pałacu-hotelu. Szczególne wrażenie (dobre czy złe) robi sala z trofeami łowieckimi.





A już następnego dnia ruszyliśmy w dalszą podróż, która zbierze nas do samego serca Indii.