niedziela, 16 stycznia 2011

Miasto życia i śmierci


Varanasi (Benares). Słynne, święte miejsce Hinduizmu, gdzie według legendy spalono zwłoki matki Krishny. Wzdłuż Gangesu gęsto usiane są Ghaty, a za nimi rozciąga się labirynt wąskich, brudnych uliczek. W guest hossie na jednej z nich znajduję nocleg, całkiem blisko najbardziej niezwykłego ghatu Manikarnika – to tutaj pali się zmarłych. Zwłoki przywożone są z Całych Indii. Niektórzy starzy ludzie przybywają tu jeszcze za życia, aby w biedzie oczekiwać śmierci i zebrać jakiekolwiek pieniądze na kremację. A nie jest to takie tanie dla żebraków – do spalenia jednej osoby, co trwa 3 godziny, potrzeba 300 kilogramów drewna. Najtańsze można dostać po 7 RS za kg, lepsze/bardziej święte kosztuje 200, 300 a nawet 1000 RS. Dziennie pali się 50-100 ciał. Ogień bierze się z utrzymywanego bez przerwy już od trzech i pół tysiąca lat (tak mówią) paleniska Sziwy. Do tego Ghatu wstęp mają tylko mężczyźni (i zagraniczne turystki), jako że ponoć kobiety mają zwyczaj rzucać się na stosy pogrzebowe swoich bliskich. Świętych mężów, dzieci do lat bodajże 15, ciężarnych kobiet i zwierząt się nie pali, ponieważ ich ciała uznaje się za czyste. Zamiast tego obciąża się je kamieniami i bezpośrednio wrzuca do Gangesu.

Wieczorem odbywa się Pooja - hinduski obrzęd religijny, w czasie którego składane są bóstwom ofiary. Łatwo można natknąć się na te ceremoniały, spacerując wzdłuż brzegu. Jeszcze łatwiej natknąć się na wszelkiego rodzaju naciągaczy. Masaż za 10 RS kosztuje nagle 400, świeczka za 5 RS, którą puszcza się w intencji bliskich na wody Gangesu, w cenie 100. Oraz wszelakie dragi.  Tak na oko 12-letni chłopczyk zaoferował mi dłuższą listę narkotyków niż słyszałem na Goa, w Udiapurze i Bangkoku razem wziętych.


Tak, Indie zą krajem naciągaczy, we wszystkich możliwych profesjach, od najczęściej spotykanego oszukiwania w transporcie (pozdrawiam panów rikszarzy) przez kamienie szlachetne po kupno właściwie czegokolwiek. Nawet koleś przy małej budce z lodami może nas skasować dwudziestokrotnie więcej niż swojego rodaka*. Jest to strasznie denerwujące i irytujące (aż chce się tu użyć dużo mocniejszych słów). Ale nie można pozwolić, aby to wzięło nad nami górę. Tak samo jak cały ten wszędobylski bród, smród i hałas. Jeśli już uda nam się przedrzeć przez to wszystko, to najpewniej uda mam się odkryć niesamowite Indie i spotkać naprawdę przyjaznych ludzi, którzy chcą, żebyśmy się tutaj dobrze czuli. W końcu Indianie także mają popularne powiedzenie/przysłowie podobne do naszego „Gość w dom, Bóg w dom”. Z takimi osobami wdamy się w długie dyskusje na różnorakie tematy i poznamy odmienne punkty widzenia. Warto spróbować - zamiast tylko zalewać się krwią z nerwów.

*Aż mi się śmiech wciska na twarz, gdy widzę turystów dosłownie uciekających przed Hindusami próbującymi wcisnąć im na przykład rejs łódką – a potem sam odchodzę szybkim krokiem zanim mnie zauważą :D

Ze wschodem słońca wybieram się na przechadzkę wzdłuż Ghatów, przed którymi ludzie myją się w tej samej wodzie, do której wrzucane są prochy i zwłoki. Od razu nasz wzrok gubi się w bogactwie kolorów - i właśnie słowo "kolorowy" najlepiej oddaje specyfikę Indii, jeśli ktoś chciałby określić ten kraj jednym słowem. Odnieść to można nie tylko do strojów, budowli czy wizualnych obiektów, ale także życia w ogóle. Może być ciężkie, denerwujące, rozczarowujące, ciekawe, przyjemne, zwykłe.. ale właściwie zawsze kolorowe.


Kontynuując spacerek, po następnych 5 kilometrach, przez pontonowy most, docieram do fortu w Ramnagar. Muzeum wewnątrz jest małe i zaniedbane, z rozsypującymi się eksponatami, ale 5-kilowy zdobiony miecz i kilka ładnie rzeźbionych figurek może się podobać.


Południe spędzam w oddalonej od Varanasi o 14 kilometrów miejscowości Sarnach, będącej jednym z 4 najświętszych miejsc Buddyzmu. To tu książę Siddhartha doznał oświecenia i wygłosił swoje pierwsze kazanie pięciu uczniom.

Na miejscu znajduje się muzeum archeologiczne z wartym wspomnienia zwieńczeniem kolumny króla  Ashoki, przedstawiającym 4 wypolerowane, błyszczące lwy. Obecnie jest to symbol Indii. Poniżej zdjęcie z jednej z pobliskich świątyń, przedstawiające owo zwieńczenie kolumny (oryginałowi w muzeum nie można robić zdjęć).



Oprócz tego zobaczyć można tu ruiny klasztoru i sporej wielkości stupę. W cieniu kępki drzew można spotkać buddyjskich mnichów, którzy z chęcią (a właściwie to jest ich zadaniem) będą opowiadać o swojej religii. W okolicy znajdują się ponadto świątynie krajów, które tradycyjnie kojarzone są z Buddyzmem – Chiny, Japonia, Tybet (ze standardowym wołaniem o wolność i wymienianiem zbrodni dokonywanych przez rząd w Pekinie), Birma i Tajlandia. W jednej z pozostałych świątyń prowadzone jest ciekawe, choć niestety zaniedbane minizoo z ptakami (jest nasz bociek i symbol stanu Uttar Pradesh), aligatorami i sarenką.


A na koniec zdjęcie obrazujące radosne dzieci dojeżdżające do szkoły.

Z Varanasi pociąg zabierze mnie do Delhi, skąd wsiądę do samolotu lecącego z 2 tysiące kilometrów na południe.

czwartek, 6 stycznia 2011

Z widokiem na Himalaje

Zjeść śniadanie z widokiem na ośmiotysięczniki? Jak najbardziej, ale najpierw trzeba się trochę powspinać - choć wcale nie tak wiele. A więc krok po kroku.

Samolot ląduje na względnie malutkim lotnisku w Kathmandu. W oddali niewyraźnie majaczą śnieżne szczyty, ale dużo bliżej rysuje się odprawa wizowa, do której stoi kolejka jak do Media Markt w dniu wyprzedaży. Po ponad godzinie, już z wizą (niezbyt ładną, niestety) w paszporcie ruszam na poszukiwanie noclegu. Nie mam ze sobą nieśmiertelnego Lonley Planeta, więc muszę improwizować. Taksówką docieram do city center, które okazuje się … wielkim sklepem o takiej właśnie nazwie, położonym wcale nie w centrum. Następne godziny spędzam na włóczeniu się po mieście. W końcu docieram do dzielnicy turystycznej, gdzie poza guest housem kupuję trening z przewodnikiem, przejazdami, zakwaterowaniem, wyżywieniem i przede wszystkim dokumentami/pozwoleniami – po górzystym Nepalu nie można sobie tak po prostu chodzić, gdzie się chce.

Nie mam za bardzo czasu na zwiedzanie Kathmandu. Generalnie samo miasto nie robi na mnie najlepszego wrażenia – w części, przez którą przejeżdżam. Jeśli są jakieś ładne części metropolii (a ponoć są) to musiałem je ominąć. Turystyczny hub, Thamel, też nie zachwyca. Wcale nie znaczy to jednak, że nie można się dobrze bawić – na jednej z uliczek dołączam do spontanicznego koncertu. Rockowy zespół przyjechał na ciężarówce i gra zachodnie hiciory prosto z paki, a w okół szaleje grupa lokalnej młodzieży, ja, oraz mniej lub bardziej dobrowolnie wciągnięci turyści/turystki.



Następnego ranka wsiadam w autobus, w wersji turystycznej, jadący do Pokhary, położonej około 200 kilometrów na zachód od Kathmandu, co daje jakieś 7 godzin jazdy. Pokara jest jedną z najbardziej popularnych miejscowości turystycznych w Nepalu, będąc dobrym punktem wypadowym w stronę Annapurny, Dhaulagiri, Manaslu i nie tylko.

Na miejscu znajduję hotelik i od razu trafiam na kolejną porcję muzyki i występów. Wielki festiwal Divali skończył się co prawda trzy dni wcześniej, ale echa jeszcze trwają*. Zaraz przed bramą hotelu, a jak się później okaże, także w całym miasteczku, odbywają się pokazy tańca (chyba) ludowego, w wykonaniu młodzieży. 

* - a czemu się akurat dzisiaj wszyscy bawią? Przecież jest poniedziałek, a święto skończyło się trzy dni temu...
- ach no.. nikomu się jeszcze nie chce kończyć świętowania..



Dobre widoki oferuje położone na skraju Pokhary jezioro. Na wysepce pośrodku znajduje się mała świątynia. A jeszcze wieczorkiem wybieram się na piwko do baru, gdzie zespół na żywo, tym razem już profesjonalny, wycina rokowe kawałki. 



Wcześnie rano spotykam mojego przewodnika, Krishnę. Lokalnym autobusem dojeżdżamy do Nayapul, skąd zaczynamy nasz 5-dniowy trening na Poon Hill. Tą trasę spokojnie da się zrobić w cztery dni, a według niektórych agencji, dla lepszych piechurów, nawet w trzy. Tak naprawdę, z moimi kolegami moglibyśmy przejść w dwa, chociaż mogłoby to być troszku męczące. Ale po co się spieszyć, mam czas (co się rzadko zdarza, jakoś..). Do obozu bazowego Annapurny trzeba mieć 7 dni, a droga wokół całego masywu zajmuje co najmniej 2 tygodnie, więc obie te opcje odpadają (tym razem).

Szeroka ścieżka, z wieloma kamiennymi schodami, pnie się powoli przez malownicze wzgórza usiane chatkami i tarasami, na których uprawia się ryż lub proso. Z tego ostatniego trawska można zrobić wszystko, co ważne – chleb i wino. Resztę krajobrazu wypełniają kolorowe lasy przypominające złotą, polską jesień. Właśnie trwa pora żniw - jedna z dwóch w roku w tym rejonie. Na niektórych polach jeszcze widać ludzi ścinających zborze sierpami i wiążących je w snopy. Ziarno otrzymuje się uderzając snopkami w płachty zawieszone na palach, a przywiązane do pala krowy chodzą w kółko i udeptują zborze.


Pogoda jest znakomita do wspinaczki. Tuż przed wschodem słońca nie ma chmur. Gdy wstaje dzień, para z rzek i gęstych lasów powoli unosi się, i już koło dziesiątej rano przesłania większość nieba. Słońce od czasu do czasu przebija się przez chmury, rozweselając okolicę. Na szlaku roi się od turystów, gdyż mamy szczyt sezonu turystycznego październik/grudzień, a na dodatek jedną z najpopularniejszych tras. Jest tłoczno i gwarno, ale nie ma rikszy i trąbienia, więc i tak można by powiedzieć że jest cisza i spokój. Przy okazji, do Nepalu także warto wybrać się w drugim sezonie, to jest marzec/kwiecień, gdy kwitną rododendrony i ponoć cały krajobraz jest czerwony.

Koniec pierwszego dnia oferuje strome, godzinne (w założeniu dwu ~) podejście z Tikhedunga do Uleri, gdzie spędzamy nocleg. Pokoje są w miarę dobre i tanie, a gorący prysznic jest w większości miejsc standardem. Tylko ceny wody i żywności są wysokie jak okoliczne góry, kilkukrotnie przewyższając te w Pokharze. Nic dziwnego, w końcu aby wnieść prowiant, a także butle gazowe, łóżka czy lodówkę, karawany tragarzy i mułów codziennie przemykają w górę i w dół.


Przy okazji, cennik górski poglądowy, dla planujących podróżować.
Przelicznik 1$ - 68 NRS (nepalskich Rupii)
Wymagane dokumenty 10$ + 2000 NRS
Nocleg w górach – od 100 NRS, a czasem można nawet wytargować się na darmowy, jeśli będziemy jeść w wynajmowanym hoteliku – a to właściwie jest regułą
Jedzenie – wszędzie w tych samych, zatwierdzonych odgórnie cenach
Śniadanie muesli/porridge/chapatti z jajkiem/tosty od 100 RS, liczmy 150 do 200
Herbata 35 – 50 RS
Butelka wody 70-90 RS
Lunch/obiad 250 – 400, dla głodomorów gratka: jeśli zamówi się lokalne danie Dal Bhat, złożone z ryżu, zupowatego Dalu (soczewica) i różnych potrawek warzywnych, wraz z opcjonalnym jajkiem czy mięsem, to można w tej samej cenie dostać tyle dokładki ile się zechce – ale tylko jeden Dal Bhat na osobę, naturalnie.
Z ciekawych dań można jeszcze wymienic Momo – typ pierogów, z nadzieniem ziemniaków, sera, jajka itp., w wersji na parze lub pieczonej. Bardzo smaczne.
Tragarz – po co nosić własne bagaże, jak ktoś może to zrobić za nas? Od ok. 15$ za dzień. Ja tam noszę swoją muszelkę sam.
Piwo – z 4 stówki jak nie więcej!
Przewodnik – od 20$ dziennie. Nie jest niezbędny, ale jak się idzie samemu, pierwszy raz, to chyba warto.
Reszta – bezcenne


Drugiego dnia dalej pniemy się w górę i docieramy do Gorephani, najwyżej położonej miejscowości na naszej trasie (2800 m). Tutaj, na szkolnym boisku, spędzam chwilę na zabawie w koszykówkę pod tytułem „trucizna” - ogólnie trzeba się wykazać taką samą zręcznością w trafianiu piłką do kosza, jak i w innych uczestników gry.


Trzeciego dnia wspinaczki zrywamy się o 5 rano, aby wejść na gwóźdź programu, Poon Hill, jeszcze przed świtem. Jest pełnia sezonu, więc ów gwóźdź jest zardzewiały od ilości turystów, których jest więcej niż gwiazd na niebie – od dzieciaków po stare babcie. W ciemności w górę powoli i ociężale sunie procesja ludzi z lampkami i czołówkami. Całość wygląda jak uboga wersja „ognistego węża” z filmu 13 Wojownik z Antonio Banderasem. Po przedarciu się przez tłumy z zabójczymi kijkami wdrapuję się na metalową wieżę na szczycie Poon Hill i wraz ze wszystkimi oglądam wyłaniające się z mroku majestatyczne Himalaje. W promieniach wschodzącego słońca błyszczą śnieżna bielą masywy Dhaulagiri (8179 m) i Annapurny (8091), chociaż samego szczytu tej ostatniej bezpośrednio nie widać. 


 Masyw Dhaulagiri

 
Masyw Annapurny




Nasyceni widokiem schodzimy z powrotem do Gorephani na pyszny tybetański chleb z miodem i herbatą, smakujący najlepiej, gdy serwuje się go z panoramą najwyższych gór świata.
Nie zwlekając, kontynuujemy naszą wycieczkę, tym razem już bardziej w dół niż do góry. Po drodze spotykam jeszcze dwie dziewczyny z Polski, które często wybierają się na treningi w różne części świata. 


Ponieważ w Tratapani nie ma już miejsc, razem z wesołym i bardzo zabawnym Francuzem Dawidem idziemy przez dżunglę:


Do malutkiej osady ukrytej pomiędzy dwoma wzgórzami. Ba, osada to za duże słowo. To, co widać na zdjęciu, to właściwie wszystko, pomijając jedną szopę za plecami. Właściciele mieszkają tu tylko w sezonie turystycznym. Nie ma prysznica, ale także poza mną, Dawidem i jedną Japonką nie ma żadnych innych turystów – ach jaka niezwykła odmiana od zatłoczonych wiosek i szlaków. Wieczór upływa na grze w Chińczyka i pogawędkach, i wejściu po zmierzchu do lasu i wyłączeniu latarek – ciemno i głucho jak w … lesie.
Rankiem wspinam się kilka minut na pobliskie wzgórze, aby powłóczyć się trochę po okolicy i pstryknąć kilka zdjęć z polanki. 


Około południa docieramy do prawdziwej wioski (a nie tylko przystani dla turystów) Ghandruk. Tutaj korzystamy z okazji i wdziewamy na siebie autentyczne ubranie miejscowych Gurungów.

1. Z kocykiem 2. Koszyk 3. Parasol
4.Nóż do przedzierania się przez dżunglę, i dwa małe nożyki do krzesania ognia.

Razem z moim przewodnikiem, Krishną


Ponadto zwiedzamy małe, lecz interesujące muzeum obrazujące niełatwe życie w górach.


Z jakiegoś powodu plecy bolą mnie jak szlag i niewątpliwie mam gorączkę, ale schodzimy jeszcze dwie godzinki do Souli Bazer, gdzie jest nasz nocleg. Nie oglądając się na nic wpadam do śpiwora i pod dwie kołdry z nadzieją, że jutro będzie lepiej. I faktycznie rano czuję znaczną poprawę. Kończąc trek, wracamy do Pokhary, skąd mam zamiar dojechać do Sunauli, na granicy z Indiami. Busy turystyczne jeżdżą tylko rano, a ja nie chcę tracić czasu i koniecznie zobaczyć jeszcze Varanasi. Lokalny autobus okazuje się starym złomem, w którym najlepiej wymontować sobie nogi i przywiązać je na dachu. Z tyłu wehikułu trzęsie niemożebnie, ale nawet udaje mi się zasnąć. Z dwa razy!

Na każdym nominale inny zwierzaczek


poniedziałek, 3 stycznia 2011

Dzienniki motocyklowe

Czyli opowieści tysiąca i jednej usterki

Po powrocie z Azji południowo-Wschodniej nie ma czasu na odpoczynek (chociaż z drugiej strony cała ta podróż to jeden wielki odpoczynek). Po weekendzie w Bombaju kolejnym, na nieszczęście nie ostatnim, uroczym dniu w Lokalnym Urzędzie Rejestracji Obcokrajowców (FRRO) jadę do Delhi. Ponieważ zwykłe miejsce w pociągu na tej trasie trzeba rezerwować z dwa miesiące wcześniej, skorzystałem z Tourist Quota – specjalnej puli biletów przeznaczonych tylko dal turystów z innych krajów. Kosztuje mnie to co prawda półtora tysiąca Rupii (30 $), ale za to dostaję miejsce w wagonie 2C – z klimatyzacją, przekąskami, kawą/herbatą, obiadem, lodami na deser, śniadaniem, poduszką i prześcieradłami. Klasa.

We wtorek rano spotykam się z Santiago. Razem udajemy się nasianą wypożyczalniami dwukołowców ulicę Nai Wala w dzielnicy Karol Bagh. Tutaj, po sprawdzeniu wielu opcji wynajmujemy motocykle na pięc dni, w cenie 600 RS/dzień + 750 RS podatku. Nasze maszyny to charakterystyczne Rojal Enfield o pojemności 350 cm3. Już od dłuższego czasu chcieliśmy się takimi przejechać. Nasz plan wygląda znakomicie: najpierw Rishikesh i spływ pontonowy, potem Chandigar, najczystsze i najbardziej uporządkowane miasto Indii, a na koniec Złota Świątynia w Amitsar. Na początek musimy jednak przejechać w najgorszych godzinach szczytu przez Delhi. Problemy zaczynają się zaraz za miastem. W motocyklu Santiago pęka linka do sprzęgła. Wobec tego Kolumbijczyk wraca w korku (przez który nie chciało mi się jechać po raz drugi) z powrotem do wypożyczalni po mechanika, a ja zostaję na środku drogi szybkiego ruchu pilnować motoru (i poczytać Jurrasic Park kupiony za kilkadziesiąt Rupii na targu). Mechanik przyjeżdża po około trzech godzinach i wymienia linkę, a także jakąś mieszaną pastą zatyka cieknący zbiornik z paliwem. Niby wszystko ma być już w porządku, więc ruszamy dalej. Nie minęła jednak nawet godzina, gdy paliwo znowu zaczyna wyciekać. Pomoc kolejnego „naprawiacza” nic nie daje, więc musimy wracać z powrotem do Delhi. Jeszcze przy wjeździe do miasta rozdzielamy się w ruchu ulicznym. Santiagowi kompletnie pada motor i musi go zostawić na parkingu przy stacji metra. Już na jednym motorze, po północy, znajdujemy nocleg niedaleko głównego dworca kolejowego New Delhi.

Następnego dnia udajemy się z powrotem do wypożyczalni, gdzie dostajemy nowy motocykl. Ale musimy jeszcze odzyskać prawie cały bak paliwa z zepsutej maszyny, więc razem z mechanikami jedziemy na wspomniany wcześniej parking. My docieramy tam bez problemu, ale mechanicy w ostatniej chwili gdzieś się zapodziali (razem z naszymi bagażami, na dodatek).  W upływających godzinach czekania na nie-wiadomo-co Santiago już chce zrezygnować z całej wyprawy, ale udaje mi się go namówić na jeszcze jedną próbę. W końcu mechanicy się znajdują i po wyssaniu benzyny możemy ruszać dalej.

Zamiast do Rishikeshu jedziemy na północ, w stronę Chandigar. Nie docieramy jednak zbyt daleko, jako że w moim motorze pojawia się wyciek oleju (na jednym ze zdjęć widać nawet plamę na piasku). Jakoś dotaszczamy się do kolejnego miasta, gdzie wraz z zapadnięciem zmierzchu znajdujemy mechanika, który wymienia filtr i czyści przewody. Odjeżdżamy może z dwa kilometry, kiedy Santiago ponownie urywa linkę od sprzęgła. I znowu: mój przyjaciel wraca po mechanika, a ja stoję na czatach; czekanie, czekanie, rozkręcanie skrzynki biegów, wymiana elementów i z powrotem na trasę. Na nocleg zatrzymujemy się w kompletnie nieciekawej mieścinie Ambalaz, ale przynajmniej dostajemy niezły pokój w dobrej cenie. Po kilku godzinach jazdy tak bolą nas szyje, że nie możemy nawet odwrócić głowy.

Rankiem ruszamy dalej. Jak się można domyśleć, tylko kawałeczek. Po około 60 kilometrach mój motor znowu zaczyna krwawić olejem. Szczęście w nieszczęściu kilka metrów wcześniej mijamy profesjonalny warsztat zajmujący się marką Rojal Enfield, gdzie wymieniają mi olej (tzn. mojemu motorowi, oczywiście), oraz czyszczą silnik i przewody. Rachunek jest co prawda nie mały jak na nasz budżet (szczególnie cena oleju), ale prawie darmowy jak na polskie realia. Dość powiedzieć, ze za ponad dwie godziny robocizny policzyli mi 2$ (w profesjonalnym serwisie).




Po sąsiedzku odwiedziliśmy znajdujące się po sąsiedzku ksero w starym stylu.


Ciągle nie zrażeni jedziemy dalej, i już bez problemów (pomijając powracający ból szyi) docieramy do Amritsar, a przed nami otwiera swe gościnne progi Złota Świątynia Sikhów (nie mylić z sithami z gwiezdnych wojen).

Sikhizm – religia będąca właściwie syntezą Hinduizmu i Islamu. Sikhowie wierzą w jednego Boga i czczą 10 guru. Dziesiąty, ostatni to tak naprawdę księga zawierająca słowa poprzednich mistrzów. Sikhizm jest dość praktyczny, na przykład: skoro dla głodnego człowieka wszystkie religie wydają się bezsensowne, to przy każdej świątyni Sikhijskiej znajduje się darmowa jadłodajnia dla wszystkich.

Zakwaterowanie, wraz z morzem pielgrzymów znajdujemy także w należących do społeczności Sikhijskiej budynkach, choć nas umieszczono w bardziej ekskluzywnych pomieszczeniach dla turystów. Cena: datek o wysokości uznawanej za wystarczającą.



Nie zwlekając, udajemy się na zwiedzanie Złotej Świątyni. Wewnątrz co chwilę mijamy strażników z dzidami i Sików czytających świętą księgę (która czytana jest bez przerwy, zawsze). Sama Złota Świątynia nie jest cała wykonana z tego szlachetnego kruszcu, tylko pokryta pozłacaną blachą, ale wewnętrzne dekoracje i tak robią niezłe wrażenie (zakaz robienia zdjęć wewnątrz budowli).




Rankiem idziemy zobaczyć świątynię ponownie, aby zrobić zdjęcia w bardziej przyjaznym świetle dnia.



Droga powrotna upływa bez żadnych usterek, i w końcu możemy się cieszyć jazdą. Nawet ból szyi się skończył, gdy zwróciliśmy baczniejszą uwagę na to, jak siedzimy. Pewnie dlatego też czas upływa nam znacznie szybciej. Nie możemy się zdecydować, gdzie zatrzymać się na nocleg – ja chciałem dołożyć jeszcze ze 100 kilometrów (50/dzień) i dotrzeć do Chandigar, ale Santiago chce na wszelki wypadek jechać jak najdalej w kierunku Delhi. Ostatecznie zatrzymujemy się, po przejechaniu 300 km w miejscowości Kurukshetra, uznawanej przez Hindusów za środek wszechświata. To tutaj miała odbyć się wielka bitwa ze słynnej, epickiej powieści Mahabratha – takiej indyjskiej Iliady, z tym, że dziesięć razy dłuższej.


W mieścinie pogadaliśmy sobie z guru/pustelnikiem (chociaż nie mówiliśmy we wspólnym języku), a później, w towarzystwie spotkanych Sikhów zobaczyliśmy lokalną świątynię (z darmową kolacją) i największy w Indiach sztuczny zbiornik wodny, na środku którego stoi złocony powóz, w którym Krishna (avatar Wisznu) wygłasza słynną przemowę wojownikowi Arjunie – wydarzenie z owej legendarnej bitwy.


Właśnie na ten dzień przypada jedno z największych indyjskich świąt, Divali – nowy rok. Główną częścią obchodów wydaje się rzucanie petard i dopalanie sztucznych ogni – w losowych kierunkach. Aż dziw bierze, że ktokolwiek to może przeżyć, gdyż Hindusi rzucają sobie petardy pod nogi, a niewypały kopią albo biorą do ręki i ponownie podpalają. Nocny przejazd przez miasto (na który się z ciekawości wybieram) jest jak przedzieranie się przez walki uliczne albo jakąś małą wojnę – wszędzie dym i wybuchy. A zawracanie motorem w wąskich uliczkach wcale nie jest takie łatwe.


Następnego ranka zobaczyliśmy jeszcze grobowiec 'Sheikh Chehli ka makbara' i zrobiliśmy sobie rodeo na wielbłądach-żywopłotach.


Ostatnie 160 kilometrów upływa spokojnie. No, może poza tym, że skończyło mi się paliwo, bo pokrętło zapasowego zbiornika było źle ustawione. Santiago musiał pojechać do najbliższej stacji benzynowej i zwrócić z butelką benzyny, ale całość zabrała nam nie więcej niż pół godziny. Ostatecznie bez przeszkód (standardowe zgubienie się w Delhi się nie liczy) i z uśmiechami na twarzach wracamy do wypożyczalni, skąd wzięliśmy nasze motocykle. Wszystko dobre, co się dobrze kończy!