wtorek, 31 sierpnia 2010

kto szuka ten znajdzie..

ale ile się przy tym nachodzi! ( a właściwie najeździ..)

Nie jest łatwo znaleźć mieszkanie w Indiach. Hmm może jednak zawęźmy krąg do Bombaju, choć nie sądzę, żeby gdzieś indziej w kraju świętej krowy było łatwiej, biorąc pod uwagę to, że Mumbai jest taką kosmopolityczną metropolią.

Z ciekawostek - Bombaj jest jednym z najdroższych miast na świecie biorąc pod uwagę ceny gruntów i najmu. Mowa tu oczywiście o centrum, a nie o 'moich' przedmieściach. Chociaż nawet tutaj są obszary, gdzie cena apartamentu jest równa cenie domu w Londynie.

Nieruchomości są dużym i dynamicznie rozwijającym się biznesem. Na ulicach roi się od agencji zajmujących się sprzedażą i najmem, z których wiele nie zajmuje więcej niż mały pokoik. Ba, niektóre łatwiej porównać do szopy, skoro są tylko trzy ściany..

Właśnie wiele z takich agencji odwiedziliśmy w poszukiwaniu naszego lokum. Nie byliśmy zbyt wybredni, w końcu mieliśmy troszkę ponad dwa tygodnie na znalezienie nowego domu, zanim skończy się nasz układ z poprzednim najemcą. Chcieliśmy tylko mieszkać gdzieś blisko biura (do 30 min autobusem), przy w miarę rozsądnej cenie - uwzględniając fakt, że obcokrajowców będą starali się dużo bardziej naciągnąć i oszukać. Przy ilości ofert wydawało się to łatwe. Ale cóż, czekało nas następne 'indyjskie doświadczenie'. Kolejne okazje mijały nas między innymi ponieważ:
  • Jesteśmy kawalerami (tylko rodziny)
  • Nie dla obcokrajowców
  • Tylko dla wegetarian
  • Zakaz gotowania
  • Pracujemy dla TCS
  • Jesteśmy za wysocy
I tak dalej i tak dalej... właściwie jedyną rzeczą z powodu której nas nie dyskryminowano, to o dziwo religia. A może i nic w tym dziwnego. Hinduizm ze swojej natury dopuszcza różnorakie i indywidualne podejście do szukania oświecenia i kontaktu z bóstwem. W pewnym sensie dlatego w tej religii jest tylu bogów. Ogólnie rzecz biorąc, poza okazyjnymi rzeziami i masakrami na tle religijnym (głównie pomiędzy Hindusami i Muzułmanami) Indie są pod względem wyznania bardzo tolerancyjne.

Dwa tygodnie szybko upłynęły, a my dalej nie mieliśmy żadnej sfinalizowanej umowy w ręku. jak pisałem poprzednio, spakowaliśmy wszystkie swoje manatki i pojechaliśmy znaleźć jakieś lokum na najbliższe dni.



Jak to dobrze mieć w takiej chwili dobrych znajomych. Mniej przydatną część bagażu i sprzęt domowy (pralka, mikrofalówka, krzesła) rozdzieliliśmy na dwa mieszkania, a sami przekimaliśmy u innych praktykantów (Pius i Isaac) albo u kumpli z pracy (ja i Santiago). Nie trwało to długo. Już po dwóch księżycach udało nam się w końcu wprowadzić się do naszego nowego mieszkania. Nie mamy mebli, nie możemy imprezować i nie mogą nas odwiedzać żadne dziewczyny, ale po za tym jest miodzio. Mieszkanko jest w dobrym stanie, mamy prąd, wentylatory, ciepłą wodę, internet (jak nikt nie używa torrentów), dużą przestrzeń na wieszanie prania - czego chcieć więcej? Ostatnio dokupiliśmy nawet lodówkę (20 $ razem z transportem). Zepsuła się już następnego dnia, ale ją naprawiłem .. no dobra, to tylko kabelki we wtyczce się poluzowały, ale i tak się liczy.

Po wielu następnych księżycach wprowadził się jeszcze wygadany Adonis z Beninu i wiecznie zapracowany Anderson z Brazylii. Od tego czasu żyjemy sobie spokojnie. Wygląda na to, że to będzie już mój ostatni 'dom' w Indiach. Chociaż tutaj nic nie wiadomo. Carpe diem.

czwartek, 19 sierpnia 2010

Alternatywy 4

-"Musicie się dzisiaj wyprowadzić"
-"Co?"
-"Dzisiaj musicie opuścić mieszkanie!"
-"Nie, to niemożliwe, co to ma w ogóle znaczyć?!"

Najpewniej dalekie to od oryginału, ale tak mniej więcej tak pewnego słonecznego, czerwcowego dnia wyglądała rozmowa Piusa (mojego współlokatora) z naszą panią broker.

Dwa tygodnie wcześniej dowiedzieliśmy się, iż syn właściciela mieszkania, które wynajmujemy, przyjeżdża skądś tam, i potrzebuje miejsca do zamieszkania. Oczywiście tym miejscem miało być 'nasze' lokum. I co z tego, że w pisemnym porozumieniu pisze, iż przez 6 miesięcy (a minęły zaledwie dwa) żadna ze stron nie może rozwiązać umowy. Pani broker oświadczyła, że mamy miesiąc na przeprowadzkę. Nie wyglądało to różowo, ale właściwie nie przejęliśmy się zbytnio. W końcu w szafie mieliśmy umowę z ową klauzulą 'sześciu miesięcy nierozerwalnego porozumienia'. Ponadto, jak stwierdził Isaac, nawet jakby właściciel z brokerem wezwali policję, to nie można nas tak po prostu aresztować, jako obcokrajowców (..mhmh.. kto wie), i jak to ujął 'siłą damy im radę'. To ostatnie to był oczywiście żart. Raczej żart.. no ja tam się uśmiałem... W każdym razie zaczęliśmy też powoli szukać nowego mieszkania, które znajdowałoby się blisko naszego biura - opcja godzinnego dojazdu w czasie monsunu w ulewnych deszczach nie do końca wchodziła w skład pakietu 'świetlana przyszłość'.

I właśnie już po dwóch tygodniach równia pochyła, po której beztrosko się toczyliśmy, zmieniła się w głęboką przepaść za sprawą powyższego telefonu. Oczywiście nigdzie się nie ruszyliśmy owego dnia. Nie mieliśmy zamiaru się nigdzie wyprowadzać. W końcu już się urządziliśmy i mieliśmy wszystko 'poustawiane' - od taniego dojazdu do biura po kupno sera w plasterkach w lokalnym supermarkecie i stół do ping ponga w zasięgu kilku kroków.

'Ale syn właściciela wraca, i to jest moralny obowiązek żeby zapewnić mu mieszkanie!' Taki argument. Moralnie wyrzucić lokatorów z ważną umową. Dziwne? Hmmm, nie.
(uwaga: wniosek ogólny i podstawa większości spraw - i akurat można go tu wstawić, oh-ho)
W Indiach najważniejsza jest rodzina i lokalne społeczeństwo. Indywidualizm nie ma znaczenia. Nie ma jednostki. Wszystko rozpatrywane jest w odniesieniu do rodziny/społeczeństwa. Czasami jeszcze także kasty. Należy to zrozumieć przed jakakolwiek dyskusją o aranżowanych małżeństwach czy jakichkolwiek tradycjach i zwyczajach. Decyzja grupy, do której się należy, jest w większości niepodważalna. Ponadto, samemu ciężko cokolwiek osiągnąć, trzeba mieć poparcie własnej części podwórka - nie jest to wszak niemożliwe, ale na pewno nieporównywalnie bardziej skomplikowane niż w krajach zachodu. My najbardziej odczuwamy to w ten sposób, że musimy się dostosować do reguł społeczności naszego bloku. A są to - żadnych głośnych imprez (ok) oraz nie mogą nas odwiedzać żadne dziewczyny - żadne, nawet matki czy ciotki. Często także (choć nie u nas) Społeczność limituje też dostęp do prądu czy wody - zważając na ogólne braki w tym zakresie jest to pewien sposób kontrolowania zużycia zasobów. Kontrolowania ludzi. Kontrolowania życia.

Wracając do głównego wątku, chcieliśmy się spotkać z właścicielem. Jednakże, ponieważ cała komunikacja szła przez panią broker, to z jakichś losowych przyczyn nigdy do tego spotkania nie doszło. Innego słonecznego dnia (choć na niebie już zbierały się chmurki i monsun już łypał na nas okiem zza horyzontu) dostaliśmy wiadomość, iż właściciel przyjdzie do naszego mieszkania .. za 2-3 godziny. W środku roboczego dnia, gdy wszyscy jesteśmy w swoich biurach. A później mrs broker z kamienną twarzą twierdziła, że zostaliśmy zawiadomieni z wyprzedzeniem. To tak jakby ostrzegać przed erupcją wulkanu poprzez przylepianie karteczek 'Uwaga niebezpieczeństwo' na wyrzucanych z krateru głazach. Spotkanie lokatorzy-pani broker też nie poszło początkowo zbyt dobrze. Wirtualne ostrza śmigały tam i z powrotem, szczególnie pomiędzy ową kobietą a Ghanijczykami. Dość powiedzieć, że w pewnym momencie prawie rozstaliśmy się ze słowem 'SĄD' wibrującym w powietrzu. Ostatecznie jednak głos zabrał mąż naszej rozmówczyni, i chociaż mówił głupoty (jak z tą moralnością), to jednak sytuacja się trochę uspokoiła.
Prawdziwy finał sprawy odbył się w spotkaniu z przewodniczącym społeczności naszego bloku. Jak już mówiłem, społeczność rządzi wszystkim. Jakież było nasze pozytywne zaskoczenie, gdy przewodniczący .. właściwie stanął po naszej stronie. Dostaliśmy wszystko to, co chcieliśmy - dodatkowy czas na przeprowadzkę i zwrot większości opłaty brokerskiej. Ciekawe, wcześniej te sprawy, według pani broker, w ogóle nie wchodziły w grę, ale gdy zgodził się na to przewodniczący, zaakceptowała to bez słowa - chociaż okazało się, że umowa, na którą się ciągle powołuję, nie została nigdy oficjalnie zarejestrowana. Sam przewodniczący był wyjątkowo miły, a jego celem wydawało się sprawienie dobrego wrażenia i pokazanie nam, że Indie i Indusi są bardzo przyjaźni i pomocni.

Warto dodać, że później, na kilka dni przed naszą przeprowadzką, przyszło kilku hindusów, aby obejrzeć 'już-nie-nasze' mieszkanie. W celach najmu! Czyżby cała ta historia z 'synem właściciela' była wyssana z palca? Być może. Już się nie dowiemy. Bo i po co. Jest to już kompletnie nieistotne.

Poszukiwania nowego mieszkania nie poszły tak dobrze, jak się spodziewaliśmy. Te kilka opcji, które były prawie sfinalizowane, rozsypały się jak domek z kart, a z nim runął i nasz, wydawało się, prosty plan. Gdy nadszedł termin opuszczenia mieszkania (który przeciągnęliśmy o jeden dzień, sesese) spakowaliśmy nasze klamoty, sztućce, garnki, materace, toster, pralkę i inne różnorakie rupiecie do malutkiej ciężarówki i pojechaliśmy... właśnie.. dokąd? Nie wiedzieliśmy. Nie mieliśmy już żadnego mieszkania. Po prostu pojechaliśmy zobaczyć co też przyniesie nam kolejny ciekawy dzień :D


poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Nowa chata

Czyli sytuacja mieszkaniowa, która od ostatniego opisu zmieniła się, i to znacznie.

*Na wstępie mały podział mieszkań:
  • HK - hall/kitchen - hol z kuchnią i łazienką, o wielkości dostosowanej do skrzatów
  • 1 BHK-bedroom/hall/kitchen - dokładamy jeden pokój i już można mieszkać nawet w cztery osoby.
  • 2 BHK - po doklejeniu kolejnego pokoju robi się już całkiem przestrzennie, chociaż wielkość tego typu może się wahać od 50 do 100 m2.
  • I większe...

Jest styczeń. Stare mieszkanko w Powai wygląda ... właśnie staro. A świat się zmienia. Wśród nowych praktykantów znaleźli się dwaj Kolumbijczycy - wesoły Santiago, który pracuje ze mną w jednym zespole, oraz Cesar - magik z zaczarowanymi kartami i monetami, choć (pewnie chwilowo) na etacie Tata Consultancy Services jako zwykły pracownik. Wraz z Piusem, Isaacem (Ghana) oraz Andresem (Estonia) postanowiliśmy znaleźć nowe, większe i tańsze mieszkanie. Okazja nadarzyła się dość szybko. Bardzo blisko naszego poprzedniego 'kwadratu' natrafiliśmy na 2BHK o w miarę rozsądnej cenie. Całkiem przyjemne miejsce (jak na cenę). 21 tys rupii(ok 450 $) za miesiąc na sześć osób wydawało się ok, szczególnie w porównaniu do stawek w mieszkaniach wynajmowanych przez AIESEC. 2 łazienki z prysznicami, telewizor, 6 łóżek, kuchenka i 3 szafy były dla nas wystarczającym wyposażeniem. Szczegóły wydawały się dogadane i należało tylko podpisać umowę.

I już lisek był w ogrodzie, już witał się z gąską, a tu... dowiadujemy się, że osoba, z którą negocjowaliśmy, nie jest właścicielem, ale brokerem - czyli musimy uiścić jednorazową opłatę w wysokości miesięcznego czynszu. A ponadto pani broker mówi, że może tu mieszkać tylko pięć osób, a nie sześć. Już mieliśmy zrezygnować, ale jakoś o dziwo łaskawie wynajmujący zgodzili się, żebyśmy zostali wszyscy. Jak się później okaże, losowe zmiany zdania i przekręcanie własnych słów w wykonaniu naszego najemcy będą chlebem powszednim, ale powoli, powoli...

Początkowo szło dobrze. Podzieliliśmy się pokojami w wyniku losowania 'karteczek z kapelusza'. W ciągu kilku dni doprowadziliśmy miejsce do użytku (na tyle na ile potrzebne to jest sześciu kawalerom..).
Problematyczne okazało się to, że mieszkanie posiadało większą ilość lokatorów:
Jaszczurki - zielone, przyjazne i tolerowane, chociaż można się trochu przestraszyć jak coś zasuwa po ścianach jak kultowy 'obcy' z filmowego cyklu
Mrówki - szybko dobierają się do pozostawionego na wierzchu jedzenia, da się przeżyć
Muszki - skrzydlaty odpowiednik mrówek
Komary - a raczej koSZmary. Komar indyjski różni się od naszego rodzimego tym, że jest nienasyconą, wredną bestyją. Jeden jest odpowiednikiem całej chmary swoich europejskich kuzynów. zamiast ugryźć raz i odlecieć, tnie po kawałeczku bez końca. Wobec tego wystarczy jeden, żeby wszyscy mieszkańcy obudzili się rano ze swędzącymi ukłuciami. Ha! obudzili.. jak się uda zasnąć ze złowrogim brzęczeniem nad uchem. Moskitiera pomaga, ale niweluje wpływ wentylatorów i w porze upałów (kwiecień - czerwiec) nie można się wyspać z powodu temperatury. Ponadto komary w nowym lokum okazały się przeciwnikiem znacznie bardziej wymagającym niż te, które mieliśmy w starym mieszkaniu. Były szybsze i bardziej odporne na ciosy (naprawdę!), i nie pozwalały nam spokojnie spać. Zwykle pojawiały się pojedynczo. Gdy po godzinie pogoni udało się w końcu krwiopijcę ubić, to.. pojawiał się następny. Jakby pracowały na zmiany. Jakaś dyspozytornia czy co? Związek zawodowy?! W końcu pewnego dnia wprowadziłem w życie podstępny plan pozbycia się komarów - albo przynajmniej ograniczenia ich liczby. Kupiłem siatkę, którą za pomocy taśmy klejącej zamontowałem na oknach w łazienkach (dobra, nie jest zbytnio podstępne, ale brzmi lepiej niż 'mało oryginalne'...). Namęczyłem się pół soboty z fikuśnymi kratami i odpadającym tynkiem, ale poskutkowało. Liczba komarów spadła prawie do zera.
Karaluchy - podłe okropieństwa. W różnych kształtach i wielkościach. Przy odpowiednim trafieniu klapkiem rozpadają się na wiele kawałków.
XXX - pewnego razu wróciłem jako pierwszy do domu. Przechodząc koło łazienki zobaczyłem jakiś kształt na ścianie. Początkowo pomyślałem, ze to jaszczurka. Spoko. Dość duża jaszczurka, na cały kafelek, hmm. Ale... czarna? I.. o chole*a, to ma OSIEM nóg! AAAAAAAA. Zatrzasnąłem drzwi, zaryglowałem, i postanowiłem dać szansę innym, aby sprawdzili, czy robal dalej koczuje w łazience. Później, po dokładnym zaryglowaniu zsypu na śmieci, odwiedziny karaluchów i innych potworków się na szczęście skończyły. Zostały tylko przyjazne jaszczurki. Wszystko toczyło się gładko. Prawda, jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że toczyło się po równi pochylej, ale ogólnie było naprawdę nieźle.

Do tematu jeszcze wrócimy, Na razie mam nadzieję że nie zniechęciłem was opisem miejscowej fauny ;]

Kilka zdjęć, niestety niskiej jakości, bo robione wieczorem. Wygląda bardziej ponuro niż w rzeczywistości, ale innych nie mam i już mieć nie będę.




Oraz pralka - starszy, ale dawniej bardzo popularny model, i ciągle jeszcze na chodzie. Wieźliśmy ją z Santiago na imitacji pojazdu zwanej tempo (skrzyżowanie rikszy z vanem dostawczym) przez pół miasta. Ja miałem lepsze miejsce, bo zamiast siedzieć z kierowcą w ciasnym wnętrzu wylegiwałem się 'na pace'. Razem z transportem zapłaciliśmy 1500 rs (trochę ponad 30$).




środa, 14 lipca 2010

Wyścig z czasem!

Trochę głupio pisać o własnej głupocie, ... ale co mi tam. Jakby co, to wszystkiemu zaprzeczę i zrzucę winę na złośliwe wirusy afgańskich hakerów.

Wprowadzenie - przed wycieczką zgubiłem kartę debetową. Phi! Zgubiłem? Zapomniałem w bankomacie. Otrzymanie nowej okazało się prawdziwą odyseją kosmiczną, w każdym razie na tamtą chwilę posługiwałem się czekami, które wymieniałem w banku na nagrody (pieniężne). Niestety, w niedzielę banki są zamknięte. A historia ta wydarzyła się właśnie pierwszego dnia tygodnia.

Delhi sobotni wieczór. Spotykam się ponownie z Nicolasem, Ancą i Elą, a także z jednym Hindusem, którego poznaliśmy kilka dni wcześniej na weselu. Wieczór i większa część nocy schodzi na płaskich pogaduszkach. Następny dzień - ostatni dzień podróży. Agra i w końcu Taj Mahal!
Wszystko już gotowe, bilety do pociągu Delhi-Agra-Mumbai zakupione (wraz ze śniadaniem i gazetką), a w kieszeni wystarczające fundusze na zobaczenie perły Indii. Co może pójść nie tak!?
Ha! Wystarczy zaspać.

5:50
Ledwo otwarte oczy, budzik dzwoni na całego od prawie godziny, a do odjazdu zostało 30 minut. Szybkie pakowanie, z mieszanką szaleństwa i nadziei przebłyskującą w źrenicach, i bieg na przystanek, żeby złapać rikszę. Ma mi pomóc jeden z przyjaciół naszego gospodarza, który człapie kroczek za kroczkiem, gdy ja tym czasem kręcę się jak sokowirówka. Dziwne, czemu nic nie jedzie - czyżby jakiś objaw tego że jest przed szóstą i stoję na nie do końca głównej drodze? Próbuję zatrzymać cokolwiek, nawet ciężarówki z podejrzanymi Hindusami. Nic. Nagle podjeżdża autobus. Mój 'przewodnik' zamienia kilka słów z konduktorem i pokazuje mi żebym wsiadł do środka. Dobra! może jeszcze zdążę.
Po kilkuset metrach autobus.. zjeżdża na pustą zajezdnię i kierowca wyłącza silnik. Rozpacz czarna i kompletna panika. Hahahah, już godzinę później chciało mi się płakać ze śmiechu jak sobie to przypominałem. Co właściwie się stało - w końcu nic wielkiego, uciekł mi pociąg. Bah, szczegół. W końcu łapię rikszę i jadę szukać jakiegoś transportu do Agry, skąd mam powrotny pociąg do Bombaju. Dzień się dopiero zaczyna!

7:00
Rikszarz dowozi mnie do jakiegoś autobusu startującego do Agry. Kierowca mówi, że dojedziemy na miejsce około 12 -12:30. A właśnie pół godziny po południu odjeżdża mi pociąg do 'domu'. Ach, co tam, w drogę - ścigajmy się z czasem. Ech, tylko czemu bilet kosztuje aż 550 Rupii? Dopiero później się dowiedziałem że nie był to autobus kursowy, ale.. wycieczkowy, obejmujący całodniowe zwiedzanie Agry z przewodnikiem.
Kilometry przesuwają mi się przed oczami, a w głowie mimochodem następują spontaniczne przeliczenia czy przy tej prędkości zdążymy.
W międzyczasie jeszcze wykonuję kilka telefonów do moich kolegów z biura i proszę o sprawdzenie różnych dostępnych opcji. Po niewczasie okazało się, że nie sprawdzili dokładnie - pociąg Agra-Mumbai tak naprawdę zaczynał swoją podróż w Delhi i mogłem bez problemu zdążyć.

12:00
Znakomicie, mijamy tablicę z napisem Agra. Powinno się udać. Jeszcze tylko kilka kilometrów, jeszcze tylko.... korek jak stąd do tamtąd. Nadzieja na złapanie pociągu mija mnie razem ze ślimakami wyprzedającymi autobus poboczem.
Ale co tam, jestem w Agrze, to zobaczę Taj! Niestety, fundusze są dość nikłe - 840 Rupii, a więc:
750 na wstęp,
40 na zostawienie bagażu i
50 na autobus do pobliskiej Mathury, gdzie kuzyn jednego z kolegów z biura pożyczy mi pieniądze na powrót do domu.
Wobec czego zostaje mi całe okrągłe O na inne drobnostki, takie jak na przykład jedzenie. Z parkingu idę więc pieszo, co od razu zostaje zauważone przez rikszarzy (rowerowych). Oferty podwiezienia odrzucam mówiąc, że nie mam kasy. Jednakże jeden z nich mówi, że podwiezie mnie za darmo. Tłumaczę mu, że na prawdę nie mam pieniędzy, od jednak dalej chce mnie ze sobą zabrać. Ach, co tam, wsiadam. Jakoś w rozmowie wychodzi na jaw, że od rana nic nie jadłem. I co? Koleś zawozi mnie do ulicznego stoiska i kupuje mi jakieś proste danie. Ależ mi się głupio zrobiło, więc odmawiam i chcę odejść, ale po chwili rozmowy jednak chwytam łyżkę i zaczynam siorbać strawę. Głupio? Po chwili to się dopiero się robi ciekawie, gdy nagle spod ziemi wyrasta jakiś dziennikarz telewizyjny z kamerzystą i zaczyna mnie wypytywać co się stało. Ukrywając twarz w bułce udzielam wymijających odpowiedzi.

14:30
Docieram do bramy Taj Mahalu. Z zewnątrz nic nie widać, więc kupuję bilet i .. o zgrozo, ustawiam się w ogromnej kolejce do wejścia, która porusza się nawet wolniej niż poprzedni korek. No tak, niedzielne popołudnie i wszyscy wpadli na ten sam pomysł. I nagle dostaję telefon, że pociąg Mathura-Bombaj odjeżdża zaraz po 17, a nie jak mnie poinformowano poprzednio, po 18. Kolejka stoi jak martwa, a ponadto wyczerpuje mi się stan konta na komórce (a że jestem w innym stanie, to jest roaming i nikt do mnie nawet nie zadzwoni). Na szczęście jeden z kolegów z biura doładowuje moje konto online.

15:30
Przedzieram się przez bramki i jestem w środku. Pora na najszybsze zwiedzanie Taj Mahalu w historii.
Obrazek - gorące, leniwe popołudnie. Tłoczno. Turyści i hinduskie rodziny powoli spacerują po wąskich chodniczkach pomiędzy zielonymi trawnikami i podziwiają majestatyczny grobowiec. Cisza i spokój.
Nagle - zepsucie symetrii, niezidentyfikowany obiekt przebiega zygzakiem w kierunku budowli, wiruje chwilę tu, chwilę tam, zygzakuje biegiem przez płotki z powrotem, zastyga w bezruchu i obserwacji na pięć sekund i .. znika.
Wszystko wraca do normy. Gorące leniwe popołudnie. Turyści. Rodziny z dziećmi...

15:35
Biegiem na przystanek w centrum miasta. Mała zmiana planów, brat jednej dziewczyny z biura pożycza mi pieniądze jeszcze w Agrze.

16:00
Autobus z Agry do Mathury powinien jechać godzinę. Za godzinę ma także odjeżdżać pociąg z Mathury do Bombaju. Deja Vu?

17:00
Wpadam na stację - pociąg jeszcze stoi na peronie.
Kupuję bilet - pociąg już nie stoi na peronie...

Telefon:
"Och popatrz, jest jeszcze następny pociąg, o 19, (niepotrzebnie się tak spieszyłeś)"
"Ach taaak, to suuuper, dzięęęęęęki...."

Jak na ironię, pociąg o 19 spóźnił się o ponad godzinę. Akurat ten.

Podróż powrotna była dość wesoła - mogłem kupić tylko tzw. 'General Quota', który umożliwia wejście do pociągu, ale już nie do wagonu - stoi się więc w przejściu. Z pomocą jednego spotkanego Hindusa przekupuję konduktora, żeby mi znalazł jakieś miejsce, chociażby siedzące. W końcu przede mną cała noc w drodze. O ile pieniądze znikają dość szybko, o tyle miejsce się nie pojawia (ale przynajmniej mogę wejść do przedziału). Ostatecznie rozbijam się na podłodze, jak zresztą wielu innych.

I koniec!

Pomijając wczesny poranek, setnie się ubawiłem całym tym dniem. Przynajmniej coś się działo!


Zdjęcie z aparatu Nicolasa, dzień wcześniej

niedziela, 4 lipca 2010

Stolica


Kontynuując moją wyprawę, dotarłem, tym razem sam, do Delhi.

Nie chce mi się tu opisywać pustych danych o Delhi, i prawdę powiedziawszy nie przypominam sobie żadnych niesamowitych faktów o tym miejscu, wobec czego Wikipedia powinna wystarczyć. W czasie mojego jednodniowego pobytu też właściwie nie stało się nic ciekawego, nie licząc standardowych - bycia oszukanym przez kierowcę rikszy, długotrwałego poszukiwania kontaktu do podładowania komórki itp.
Jeśli by już coś rzec, to może rzućmy tu jakieś porównanie do Bombaju.
  • Z tego co wiem, w Delhi jest dużo większa przestępczość.
  • Stolica Indii może się pochwalić dużymi i w miarę dobrze utrzymanymi parkami i terenami zielonymi. Natomiast w Bombaju zielono to jest chyba tylko wtedy jak ktoś świeżo pomaluje sobie w tym kolorze domek - jedynym wyjątkiem jest tu park narodowy w północnej części miasta, ale w czasie weekendu jest on tak zatłoczony że wyrażenie 'miejska dżungla' można tu rozpatrywać w sensie dosłownym.
  • Riksze w Delhi nie używają liczników (właściwie w Indiach robią to prawie tylko rikszarze z Bombaju). Chcesz bracie gdzieś dojechać - powodzenia w targowaniu się.
  • Uliczne jedzenie - tak naprawdę, chyba najlepsza strona Delhi. Po za tym, że jest tanie jak barszcz, to jeszcze smakuje naprawdę dobrze. Przez cały dzień żywiłem się tylko z tych małych, przydrożnych straganików, zapychając się oraz to nowymi przekąskami.
Indyjskie 'Śniadanie na trawie'.



Ponadto Delhi, w odróżnieniu od Bombaju, ma całkiem sporo atrakcji turystycznych.

Czerwony Fort
Najsłynniejszy bodajże zabytek Delhi. Jest to siedemnastowieczny zespół pałaców, otoczony 2-kilometrowym murem sięgającym na wysokość 33 metrów. Został wzniesiony przez (hmhmh raczej na polecenie) cesarza imperium indyjskich Wielkich Mongołów - Shaha Jahana. Założę się, że w życiu nie zgadniecie koloru murów i niektórych budowli.
Bilety jak zwykle występują w dwóch kategoriach - tanie dla Hindusów i drogie dla turystów. Ja oczywiście wybrałem opcję nr 1. Strażnik początkowo nie chciał mnie wpuścić i był niezbyt uprzejmy, ale gdy zaprezentowałem mu moją kartę pracownika to od razu zrobił się przyjacielski i przepuścił mnie bez żadnych dalszych ceregieli. Tak.. Tata ma w tym kraju poważanie, a bycie pracownikiem tej firmy zazwyczaj ułatwia wiele rzeczy.
Do fortu wchodzi się przez monumentalną Bramę Lahore. Jej nazwa bierze się stąd, że jest skierowana w stronę tego miasta, obecnie położonego w Pakistanie. Podobny motyw jak krakowska w Warszawie czy Bielska w Skoczowie. Po przejściu przez bazar (no bo co by innego Hindusi mogli postawić przy wejściu... hmmm pomyślmy..) dostajemy się na rozległy teren wypełniony rozmaitymi budowlami. Na pierwszym planie wita nas Diwan-i-Am oraz Diwan-i-Khas, ze wspaniałym tronem, na którym cesarz zasiadał podczas publicznych (ten pierwszy) i prywatnych(ten drugi) ceremonii i audiencji. Dalej są królewskie łaźnie, meczety i prywatne komnaty. Całość trochę szpecą dziwne magazynopodobne budowle, chyba rządowe, które stoją w dalszych częściach kompleksu. Dzięki temu nie rzucają się tak strasznie w oczy - ale osobiście i tak bym przejechał po nich koparką, albo przynajmniej jakoś przedekorował żeby lepiej wpasowały się w klimat.
Jak na główną turystyczną atrakcję przystało, roi się tu od turystów. Uwagę zwracają jednak wycieczki szkolne, gdyż każda ze szkół ma zupełnie inne zestawy kolorów - co chwilę przesuwają się przed oczami równe procesje kolorowych mundurków.









Dżinijska świątynia Digambara
Warto zobaczyć choćby z tego powodu, że znajduje się tu szpital dla ptaków (i nie tylko). A sama świątynia też jest niczego sobie.




Jama Masjid
Największy meczet w Indiach. Cóż, jest to naprawdę wielki.. plac. Szukałem jakiegoś wejścia do środka, szczególnie że wysoka cena sugerowała coś więcej.. ale nie ma. Plac. Tyle. (Zdjęcia 3,4 i 6 przedstawiają inny meczet).




Raj Ghat
Miejsce kremacji Mahatmy Gandhiego - Ojca Narodu, jak go nazywają Hindusi. Obecnie znajduje się tu ładny i zadbany park z czarnym, marmurowym pomnikiem.



Grób Cesarza Humayuna
Ten monumentalny grobowiec nie bez przyczyny przypomina Taj Mahal - chociaż właściwie powinienem powiedzieć to na odwrót. Grób Humayuna powstał wcześniej i był w pewnym stopniu wzorem dla najwspanialszego zabytku Indii. Ze wszystkich zabytków Delhi, a właściwie całej tej wycieczki, to miejsce najbardziej mi się spodobało. Niewątpliwie przyczyniła się do tego stosunkowo mała liczba odwiedzających - cały kompleks, w którym znajdują się także inne grobowce, emanował ciszą i spokojem. W odróżnieniu od zwykłej ulicy, można by tu nawet usłyszeć swoje myśli (jeśli się jakoweś ma).






Kompleks Qtub Minar
Najbardziej efektowna budowlą jest pochodząca z XII wieku wieża Qtub Minar, będąca jednocześnie najwyższym ceglanym minaretem na świecie. Składa się z pięciu osobnych poziomów i wznosi na wysokość 72.5 metra. Została zbudowana dla uczczenia zwycięstwa nad Hinduskim władcą Delhi, i można ją uznać za symbol początku panowania Islamu w północnych Indiach.
Wraz z wieżą wzniesiono na ruinach hinduskiej świątyni pierwszy w Indiach meczet, zwany Quwwrat-ul-Islam Masjid (z arab. 'Potęga Islamu').
Na placu pod Qtub Minar znajduje się osobliwy Żelazny Filar. Wznoszący się na wysokość ponad siedmiu metrów i ważący ponad sześć ton słup pochodzi z czwartego wieku naszej ery, kiedy to wzniesiono go na cześć Wisznu - wiemy to z umieszczonej na nim inskrypcji w Sanskrycie. Mimo iż słup stoi już ponad 1600 lat na świeżym powietrzu i wykonany jest w 98% z żelaza, nie ma na nim śladu korozji. Nie do końca wiadomo, jak został w owych czasach stworzony, ale świadczy o wyjątkowych zdolnościach metalurgicznych rzemieślników tamtego okresu. Według popularnego wierzenia, jeśli staniemy do filaru tyłem i zapleciemy za nim ręce, to spełni się nasze marzenie. Ale cóż, teorię tę ciężko sprawdzić odkąd słup otoczono płotkiem.








Świątynia Lotosu
Pośrodku dużego, zadbanego obszaru równo przystrzyżonych trawników lśni fantastycznie ukształtowana kopuła Bahai House of Worship. Przed naszymi oczami, otoczony wodą, rozkwita wielki kwiat lotosu. Filozofia świątyni odrzuca nietolerancję religijną, promuje pokój i zaprasza wyznawców wszystkich wierzeń do modlitwy i medytacji. Z powodu wielu chętnych/turystów, wyznawcy owi muszą najpierw postać w równiutkich kolejkach, wysłuchać kilku słów na temat zachowania ciszy, zakazu robienia zdjęć i ogólnego dobrego zachowania. Warto wejść chociażby po to aby zobaczyć konstrukcję kopuły, która z wewnątrz jest przynajmniej tak samo fascynująca jak z zewnątrz.





Gurdwara Bangla Sahib
Świątynia Sikhijska.



Sikhowie wywodzą się z Pendżabu i są dumnym ludem. Centralnym punktem tej religii jest wiara w uniwersalnego, nieskończonego Boga. Sikhizm jest w pewnym sensie syntezą Islamu i Hinduizmu - jeden Bóg o wielu imionach. Wyznawcy czczą 10 pierwszych guru oraz napisaną przez nich świętą księgę. Nie wdając się w szczegóły, warto jeszcze powiedzieć, że każdy ochrzczony Sikh ma obowiązek zawsze nosić pięć symboli kultu, z których każdy ma pewne znaczenie:
-Nieostrzyżone włosy
-mały, drewniany grzebień
-krótkie spodenki noszone pod ubraniem
-krótki żelazny miecz/nóż
-stalowa bransoletka
Cechą charakterystyczną jest także nakrycie głowy (zdjęcia z internetu).



I na koniec 'Delhi by Night' z dzieciakami które same garnęły się do zdjęcia.



Słowniczek drogowy

z działu 'Bestiariusz'
Przechodzieńzob. Przeszkoda, Zwłoki.
Przechodzień, jako taki, nie istnieje. Jeśli na drodze pojawi się coś, co ma mniej niż dwa koła, należy nie zwracać na to uwagi, i w żadnym wypadku nie zwalniać. Zatrzymanie dozwolone jest jedynie w wypadku, gdy przechodzień wkręci się w koło i nie chce puścić. Do odstraszania owych dziwnych zjaw wiesza się na samochodach suszone papryczki-talizmany. Inną skuteczną bronią jest trąbienie, chociaż kołek w serce ponoć także rozwiązuje sprawę (szczególnie jeśli przechodzień dalej trzyma się koła – warto spróbować). Opisywane stwory mogą pojawić się znienacka, więc zawsze należy być przygotowanym do gwałtownego przyspieszenia i pozbycia się drani. Nie spuszczajcie ręki z klaksonu!

Chodnik – rzadko spotykane rozszerzenie jezdni, przydatne szczególnie w czasie korków. Od pozostałej części drogi wyróżnia chodnik to, że częściej można tu spotkać istoty posiadające nogi zamiast kół, które bezczelnie zawadzają spokojnym pojazdom. Istoty te znikają, jeśli rozwiniemy dostatecznie dużą prędkość.

Droga – dowolny teren, na który da się wjechać naszym pojazdem.

Światłazob. nieśmiała sugestia.

Klakson – najbardziej popularna broń drogowa, a dla niektórych sposób bycia. W każdym możliwym znaczeniu - „trąbię więc jestem”. Nie chodzi tylko o to, żeby dać znać innym, że znajdujemy się na drodze (albo chodniku, poboczu czy już w jeziorze). Trąbienie jest czymś unikatowym – pozwala wyrażać swoje (głośne) JA lepiej niż poezja. Można by to nazwać „muzyką ulicy”, pod warunkiem, że byłby to heavy metal grany przez głuchego masochistę.
Oprócz standardowych 'biiiip', istnieje wiele odmian klaksonów, o różnych barwach, tonacjach i poziomach głośności:
1.głośny
2.bardziej głośny
3.supernova
Startujący prom kosmiczny mieści się pomiędzy 1 a 2.
Niektóre trąbki układają się w długie melodie i aspirują do miana symfonii. Co nie zmienia faktu, że przy dłuższym przysłuchiwaniu się i tak doprowadzają do dzikiego szału połączonego ze ślinotokiem i szaleńczym wywijaniem rękami.

Pas jezdni, linia ciągła, zakaz wyprzedzania – nie znaleziono w słowniku.

Ruch – lewostronny … statystycznie rzecz biorąc. Odchylenie od normy zdarza się w miarę często. Wchodząc na jezdnię rozglądajcie się w obie strony. Szkoda by było zostać wdeptanym w asfalt przez ciężarówkę, której tam nawet nie powinno być.

Konduktor – odmiana aligatora, występująca w każdym autobusie. Snuje się wokoło i wciska ludziom bilety, jednocześnie wyciskając rupie, chociaż w niewielkich ilościach. Jak na krokodyla przystało, często kłapie przyrządem do kasowania biletów, który wygląda zupełnie jak zwykła obcinaczka do paznokci. Ma to zwrócić uwagę innych mieszkańców rzeki (bo tak czasem może wyglądać droga w czasie monsunu), i przypomnieć im o konieczności nabycia biletu. Nieodłączną częścią wyposażenia aligatora jest skrzyneczka z biletami o różnych kolorach – w myśl zasady inna cena/inny kolorek.

Amortyzatory - aromotyCO? A właściwie i po co niby montować te tam ~. Rozpędzony autobus wpadający w dziurę wybija się tak wysoko, że umożliwia pasażerom darmową naukę latania.

Zasady rządzące światem drogi
Pierwsza zasada dynamiki – należy dynamicznie wjechać tam, gdzie akurat jest miejsce. Czy jest jest to nasz pas ruchu, czy jest przejazd, czy w ogóle jest asfalt (nie mówiąc już o tym czy są przechodnie) – to wszystko są elementy, które w obliczeniach możemy zaniedbać.

Druga zasada dynamiki autobusów – kierowca dba o zdrowie swoich pasażerów przez to, że nie zatrzymuje się na przystankach, dzięki czemu pasażerowie mają okazję poćwiczyć mięśnie nóg i rąk w czasie wskakiwania do środka.

Trzecia zasada dynamiki rikszy (obowiązująca w czasie monsunu)– riksze przestają się poruszać samoistnie w czasie największego deszczu (tzn. psują się). Czas potrzebny do znalezienia następnej rikszy lub autobusu jest równy czasowi przemoknięcia do suchej nitki.

niedziela, 13 czerwca 2010

Różowe miasto


Jaipur jest ponad 3-milionową stolicą Radżastanu. Jest to pierwsze 'zaplanowane' miasto Indii. Powstało w pierwszej połowie XVIII wieku, kiedy przeniesiono tu stolicę z fortu Amber. Jak padło w tytule, Jaipur faktycznie jest różowy. Został pomalowany na ten kolor w związku z wizytą Księcia Walii w XIX wieku. Tak, po prostu pokolorowali sobie domki na cześć przyjazdu przyszłego króla Anglii.

Do naszej małej grupki z Udaipuru dołączyła Ela z Polski. Przez chwilę także zwiedzaliśmy razem z dwójką Francuzów.

Najciekawszą częścią naszej wizyty w Jaipurze (ech no na naszą cześć nie pomalowali niczego) było zwiedzanie fortu Amber. Jest to jeden z najciekawszych tego typu obiektów w Indiach, a także jedna z głównych atrakcji turystycznych samego Radżastanu. Położony na wzgórzach niedaleko miasta fort łączy w sobie hinduistyczną i muzułmańską architekturę, a malowniczy, aczkolwiek suchy, półpustynny krajobraz dodaje temu miejscu dodatkowego uroku. Po okolicznych graniach pnie się obronny mur z basztami ustawionymi co kawałek. Szkoda, że nie mieliśmy czasu, aby przejść się wzdłuż umocnień - taka wyprawa z pewnością zabrałaby nam większość dnia.




Zamiast tego wjechaliśmy do fortu na słoniu.


Przejazd na tym wielkouchym zwierzaku jest turystyczno-komercyjny i kosztuje ponad 500 RS, ale tak czy siak warto. Raz się żyje (hmm.. zależy od filozofii, szczególnie tutaj...). Kiedyś do biznesu przyczepili się obrońcy praw zwierząt (możliwe że całkiem słusznie), i wprowadzono ograniczenia. Jeśli dobrze pamiętam, to każdy olbrzym może zrobić dziennie tylko 5 wjazdów, a ponadto ma także coś w stylu weekendów. Czy słonie mogą aplikować o urlopy, podróże służbowe czy też chorobowe - nie pytałem, ale jestem pewien że jeśli tak to moja firma zrobiła by aplikację do obsługi i ewidencji owych 'pracowników'. W każdym razie, mimo że słoni jest ponad setka, już około 10-11 rano zwierzaki wyczerpują swoje 'limity' i wracają na chatę, wobec czego trzeba wstać wcześnie, aby się załapać na przejażdżkę.
Razem z Elą postanowiliśmy skorzystać z opisywanej atrakcji. Mieliśmy szczęście - trafiliśmy na przedostatniego słonia. Dwa miejsca za nami w kolejce było japońskie małżeństwo z kilkuletnią (5-6) córeczką. Poprosili nas, żebyśmy zabrali dziewczynkę ze sobą. Nie byliśmy pewni, czy to jest dobry pomysł, ale po naleganiach w końcu się zgodziliśmy. Dziewczynka okazała się dzielna i razem, powoli sunąc na wielkim słoniu, wjechaliśmy do fortu.



Wybaczcie głupawy kapelusz - musiałem się jakoś bronić przed słońcem. Pod ręką była tylko tania podróba sprzedawana przez lokalnego handlarza, ale nie miałem wyboru.






Resztę dnia spędziliśmy w centrum miasta, które objechaliśmy na rikszach rowerowych za bardzo małe pieniądze. Rikszarze chcieli po 20 RS za godzinę! Dalibyśmy im więcej, ale na końcu nagle wyskoczyli z wielokrotnie wyższą ceną - na co się nie zgodziliśmy, bo umowa to umowa, szczególnie że sami do nas podjechali i zaproponowali swoje warunki, na które (zdziwieni) przystaliśmy.

Oglądając kiedykolwiek zdjęcia lub programy z Jaipuru na pewno traficie na ten budynek:



To jest Hawa Mahal - 'Pałac Wiatrów'. Nazwa wiąże się z konstrukcją budowli, która umożliwia dużą cyrkulację powietrza we wnętrzu pałacu. Powiedzmy, że jest to starodawna wersja klimatyzacji. Małe okienka pozwalały także kobietom z haremu (Hawa Mahal jest przedłużeniem miejskiego pałacu) obserwować codzienne życie, targ i ceremonie, jednocześnie pozostając w ukryciu.




Jal Mahal ('Pałac Wodny') oraz szalone obserwatorium astronomiczne Jantar Mantar.

Wieczorem nasza wesoła kompania się rozdzieliła - moi towarzysze pojechali do Agry, ja natomiast kupiłem bilet do Delhi. Powodem 'rozstania' były inne plany podróżnicze - Nicolas i Anca mieli spędzić kolejny tydzień na północ od Delhi (gdzie, miejmy nadzieję, też się wybiorę), a ja musiałem wracać do pracy.
Do odjazdu zostały mi ponad dwie godziny. Myślałem, że spędzę je w jakimś zacisznym miejscu na odpoczynku, jako że nie czułem się zbyt dobrze - mecz w krykieta w Kocie, na którym słońce uprażyło nas na skwarki, dalej dawał mi się nieźle we znaki. Jednak moja obecność nie pozostała niezauważona - jeden z rikszarzy (tym razem tych motorowych) zaproponował mi, że zabierze mnie do kilku sklepów. Gadka szmatka jak zazwyczaj - za przywiezienie klientów dostają pewną prowizję - a że moim marzeniem było krzesło i totalny bezruch, to odmówiłem. I odmówiłem jeszcze raz. Powiedziałem 'nie'. i jeszcze raz. I znowu. I kolejny raz. 'Nie'. 'Nie, dziękuję'. 'Naprawdę nie'... i tak jeszcze przez chwilę. W pewnym momencie Hindus powiedział, że da mi poprowadzić swój pojazd. To od razu postawiło mnie na nogi - i już chwilę później, po krótkiej walce z zapłonem i biegami na kierownicy, pędziliśmy piekielną machiną przez nocne ulice Jaipuru.

Na koniec zdjęcie, które miało być na Wielkanoc. U nas maluje się pisanki, a w Indiach?