wtorek, 12 października 2010

Dalej, jeszcze dalej…



Koniec praktyki! Ha, pora na wakacje. Pomysł podróży nie jest zbytnio oryginalny (jak na tą część świata), ale za to sprawdzony i powinien przynieść mnóstwo wrażeń. Jadę z Bartoszem z Poznania – znacznie weselej podróżować z kimś niż samemu.

Najcięższą częścią drogi był wyjazd z Bombaju. Po znalezieniu rikszy i przedarciu się przez nawiedzone ulice dotarliśmy na lotnisko, gdzie wsiedliśmy na samolot do Kuala Lumpur. Miasto słynące z już nie najwyższych wież znalazło się na naszej drodze w pewnym sensie jako dodatek, ponieważ najtańsze linie lotnicze Air Asia mają tam swoje centrum, skąd za małe pieniądze można dostać się w każde ważniejsze miejsce Azji południowo – wschodniej.
Atrakcją numer jeden okazał się Mcdonalds zaraz po przylocie. W końcu wołowinka znalazła się na talerzu zamiast włóczyć się po ulicach.




Nocleg, zgodnie z otrzymanymi wcześniej poradami, znaleźliśmy w offowym hostelu ‘La Village’ w pobliżu chińskiej dzielnicy. Przy cenach nawet dwukrotnie tańszych niż w przewodniku Lonley Planet (15 MYR), ten stary, utrzymany w hippisowskim stylu budynek jest znakomitym miejscem na chillout. Samo miasto nie oferuje morza atrakcji turystycznych, ale jest bardzo schludne i czyste, szczególnie w porównaniu do Indii (chociaż w takim porównaniu niektóre wysypiska śmieci mogłyby wypaść jak dziewicze oazy). Jak już wspominałem, miejscem, którego nie można przegapić, są wznoszące się na wysokość 452 metrów Petronas Towers. Aby dostać się na łączący obie wieże łącznik/mostek widokowy, należy pojawić się w kasie wcześnie rano, a i tak trzeba się liczyć z kilkugodzinnym staniem w kolejce tylko po to, żeby zarezerwować wjazd na popołudnie, i to poza sezonem! Jednak warto trochę poczekać aby zobaczyć znakomity widok, chociaż prawdę powiedziawszy lepszy rozpościera się z pobliskiej wieży telekomunikacyjnej, ale Pertonas to Petronas.



Innym miejscem wartym zobaczenia w Kuala Lumpur są Batu Caves, położonych trochę za miastem. Są to najpopularniejsze świątynie hinduistyczne poza Indiami, z  ponad 40 metrową statuą Murugana (jednego z bóstw) i stromymi schodami. Trak naprawdę jednak największe wrażenie robią same jaskinie, a świątynie wewnątrz wyglądają raczej jak dodatek. Należy się tylko wystrzegać małp, które zręcznie pozbawiają turystów wszelakich artykułów spożywczych – nam prawie zwędziły butelkę coli.




niedziela, 3 października 2010

Biryani conference

Opowieść o perłach, ryżu w przyprawach i międzynarodowej konferencji.

Głównym bohaterem historyjki jest Hyderabad, miasto położone w centralnej części Dekanu, szóste co do wielkości w Indiach. Nie bez powodu nazywane jest miastem pereł - sklepy oferujące owe (czasem prawdziwe) cudeńka wychylają głowę zza każdego rogu. Skąd małżowe kamienie szlachetne w mieście oddalonym ponad 400 kilometrów od morza? Dobre pytanie, jak ktoś się doczyta, to niech napisze. A skoro o czytaniu już mowa, to warto pewnie się i zapoznać z historią Hyderabadu, szczególnie z rozdziałem rozgrywającym się zaraz po osiągnięciu przez Indie niepodległości w 1947. Dawne królestwo Hazam (ze stolicą w Hyderabadzie) było zamieszkiwane głównie przez Muzułmanów, wobec czego było bliższe przyłączeniu się do Pakistanu albo w alternatywnej wersji mogło zostać niepodległym krajem. Było to ze względów strategicznych całkowicie niedopuszczalne dla Indii, które rozwiązały problem militarnie, przy użyciu regularnej armii.

Znacznie weselej przedstawia się strona kulinarna miasta. Hyderabad w tym zakresie słynie przede wszystkim z najlepszego w Indiach Biryani - jest to danie złożone z ryżu, specjalnej mieszanki przypraw i w zależności od wersji: z mięsa (kurczak albo baranina, bo co by innego), jajek albo warzyw. Buryani można znaleźć właściwie w każdej restauracji na subkontynencie, a popularnością cieszy się także w Azji południowo-wschodniej i krajach arabskich. Muszę jednak przyznać, że tak naprawdę bardziej smakował mi inny specjał, haleem. Ta gęsta potrawa, robiona ze zboża, soczewicy, mięsa (zazwyczaj baraniny) i oczywiście przypraw, wygląda niezbyt przekonująco na pierwszy rzut oka. W dość podłej restauracji, jaką udało nam się znaleźć, odniosłem wrażenie, że dostałem zmielonego szczura w tłuszczu. Jednakże danie smakowało wyśmienicie i kwalifikuje się do miana jednego z najlepszych, na jakie tutaj trafiłem.

Głównym celem mojej podróży do Hyderabadu nie była jednak turystyka, przynajmniej oficjalnie. Właśnie w tym mieście odbywała się Międzynarodowa Konferencja AIESEC 2010. Na to wielkie wydarzenie przyyjechało 600 osób ze 130 krajów - same szychy i najważniejsi członkowie największej na świecie organizacji studenckiej. Celem, oprócz rozwoju zdolności kierowniczych i zwyczajowego podboju wszechświata (przynajmniej tego lokalnego), było określenie wizji AIESECu na następne pięć lat. Ja i wielu moich znajomych praktykantów pojawiło się tam jako reprezentanci TCS, globalnego partnera AIESEC. Poza małą prezentacją 'naszej' firmy i wieczorowymi imprezami nie byliśmy właściwie częścią całej tej konferencji. Och, chociaż wzięliśmy udział w warsztatach w Indyjskiej Szkole Biznesu, będącej jedną z najlepszych szkół biznesowych na świecie (12 według rankingu Financial Times). Zajęcia były niewątpliwie ciekawe, choć rezultat pracy uczestników był przez niektórych moich kompanów określony jako nic nadzwyczajnego, z czym mógłbym się zgodzić. Chociaż z drugiej strony nie znam wszystkich faktów, więc nie będę się określał, bo żaden ze mnie specjalista.




Na zwiedzanie miasta wybrałem się z kolegą z Indonezji, Andre. Od niego mam też wszystkie zamieszczone tu zdjęcia, jako że mój aparat w gruncie rzeczy osiągnął cyfrową nirwanę i koszt przywrócenia go do używalności jest większy niż jego wartość.

Stare miasto, z dominującym meczetem Charminar:





Jezioro Hussain Sagar ze statuą Buddy:



czwartek, 23 września 2010

Co to jest ACE?

Tak w skrócie brzmi nazwa mojego programu/praktyki - części współpracy pomiędzy organizacją studencką AIESEC a firmą Tata Consultancy Services. Układ polega na tym, że AIESEC-owcy mogą pracow.. ech zbyt prosto, chciałem powiedzieć: nabierać doświadczenia i poszerzać horyzonty w TCS (przy obopólnych korzyściach), TCS natomiast pomaga AIESEC-owi po przez np. fundusze i stronę internetową (pewnie też jakieśtam obopólne korzyści).

  • Pełna nazwa ACE to 'Academy of Crazy Elephants'.
Na chwilę obecną w całych Indiach znajduje się około 60 praktykantów ACE, z czego większość przebywa w Bombaju. Raz na dłuższy czas (rok lub dwa) organizowana jest konferencja zbierająca wszyskich w jednym miejscu - tym razem właśnie w 'moim' mieście.

  • Oczywiście żartowałem z tą nazwą ACE. Rozwinięcie brzmi "Astronomically Complicated Entrepreneurship".
Przygotowaniami zajęli się w większości sami praktykanci, z oczywistą pomocą, nadzorem i wsparciem (np., finansowym) managerów z TCS. Ja dałem się jakoś wkręcić w ten proces i miałem zadbać o to, żeby każdy spoza Bombaju dotarł na miejsce (w sensie że prawidłowo wypełnią podania o delegację).

  • A ACE to tak naprawdę 'Automatic Catching of Epidemy'
3 dni konferencji spędziliśmy w międzynarodowym gronie w hotelu w dzielnicy Thane - tej samej, w której mieszkałem zaraz po przyjeździe. Czas upływał nam na warsztatach i dyskusjach na temat programu i jego przyszłości, tego co jest dobre i co można poprawić, i tak dalej. Oczywiście nie zabrakło spotkań poświęconych Indiom i kulturze, tej codziennej, jak i tej profesjonalnej/biurowej. Znalazł się nawet czas na blok tzw. 'rozwój personalny'. I tak dalej itp blah blah (ten ostatni temat chyba mi nie pomógł...)

  • Wszyscy wiedzą, że ACE to ''Afterwards certainly explodes'
Z wszystkich zajęć opiszę jedno. Była to gra kulturowa o następujących zasadach:
Dzielimy się na kilka grup, z których każda będzie odgrywać określony typ społeczeństwa. Cały urok polega na tym, że owe społeczności są całkowicie zmyślone i dziwne (... hmm czy aby na pewno? ) Dla przykładu moja grupa była taka:
Przyjazny i bardzo otwarty lud (nazwijmy go np. 'Bibu') uwielbiający podróżować i cieszący się niezmiernie na przybycie gości. Z szacunku zawsze trzymają ręce z tyłu i lubią się wymieniać rzeczami. Język (nie można się komunikować w zwykły sposób):
Ba- cześć
Bo - tak
Bi - nie
Bu - co?
Lud Bibu posiada święty kij (wybraliśmy parasol), który jest chroniony za wszelką cenę. Gdy ktokolwiek obcy choćby napomknie o kiju, to plemię pada na kolana, zatyka uszy rękami i wydziera się 'Biiiiii'!
Inne grupy np. komunikowały się kartkami zamiast używać słów('położenie kartki na głowie to 'cześć'), siedziały chicho w zamkniętym kręgu, były rządzone przez kobiety itd.
'Ludy' nie znają się nawzajem i nie mają pojęcia o swoich 'zwyczajach'. Zabawa polega na tym, że każda grupa wysyła podróżników do innych 'krajów' (którzy zachowują się normalnie, bez żadnych dodatków'). Ich zadaniem jest zbadać lokalną kulturę i opisać swoje wrażenia po powrocie. Potem następuje runda druga, w której osoby wybierają się na wyprawę, z tym że teraz mają już pewne pojęcie o tym, gdzie idą.
Zabawa jest przednia, a mój wniosek ('po całej rozmowie dydaktycznej na zakończenie warsztatów') jest taki, że choćby nie wiem ile człowiek krzyczał 'Biiiiii' to i tak przybysze będą ciągle interesowali się świętym kijem i nie spoczną, dopóki się do niego nie dostaną. No i gdzie z tymi łapami?! Wara od parasola, ale już! Co za ludzie!

  • ACE to, już bez żartów, 'Always carry ethyl (alcohol)'.
Skoro było nas 60 ludzi, to nie obyło się bez dobrych imprez. Poniżej zamieszczam zdjęcia, między innymi, z oficjalnej kolacji, na którą przyszliśmy w formalnych strojach .. hinduskich.






  • I kończąc, podaję prawdziwe rozwinięcie ACE: 'Amigos! Cheer up Everybody!'
Nie wierzycie? To napiszcie sami, co waszym zdaniem znaczy skrót ACE. W dowolnym języku.

niedziela, 19 września 2010

Mgła

Kiedyś, dawno temu, w zamierzchłych czasach, kiedy jeszcze żyły smoki, a zanieczyszczenie środowiska było umiarkowane, opisałem mały trekking z klubem TCS do fortu w pobliżu Bombaju. Nie był to odosobniony przypadek, takie wyjazdy organizowane są średnio co miesiąc, ale szczególną popularnością cieszą się w porze monsunu. Przyczyn takiego podejścia podawać już chyba nie muszę.

Pomimo znacznie większej konkurencji udało mi się zarejestrować na stronie klubu wystarczająco szybko*, aby załapać się na kolejny wyjazd. Tego samego heroicznego czynu także trójka innych praktykantów z AIESECu pracująca w TCS: Santiago, Giovana z Kolumbii i Agata z Polski.
*Rejestracja została otwarta o godzinie 15 - o 15:02 wszystkie miejsca już były zajęte, i trwało to tyle czasu tylko dlatego, że zaplanowano większą wycieczkę na dwa autobusy.

Celem naszej podróży było ... eee.. wiec... nie pamiętam nazwy i jestem zbyt leniwy żeby jej poszukać.

Pogoda na szczęście nie rozczarowała i padało z przerwami cały dzień, choć niezbyt intensywnie. Sam trekking nie był zanadto wymagający (jak dla mnie, starego wyjadacza górskich ścieżek, mwahaha), chociaż było jedno albo dwa ciekawsze podejścia. Dość powiedzieć, że szliśmy spacerkiem niewiele ponad 2 godziny. Ale nie chodziło tu przecież o wspinaczkę, a raczej o odetchnięcie świeżym powietrzem, którego w Bombaju nie ma nawet w muzeum. Dodatkowym urokiem były widoki zielonych wzgórz i dolin. W porze monsunu krajobraz przechodzi metamorfozę - z suchego wrzosowiska przeistacza się w bujne zielone zarośla.







Całość wycieczki wypełniały chmury. I gdy dotarliśmy do zaskakującego punktu widokowego położonego na szczycie kilkusetmetrowej przepaści, zobaczyliśmy .. mgłę. Tak jakby świat się nagle urwał i dalej nie było już nic. Gdyby mój aparat działał i zrobiłbym zdjęcie, to wyglądałoby ono mniej więcej tak:




Naszą restauracją na lunch okazała się jaskinia. 'Obsługa' raczej nie mieszkała tam na stałe, chociaż widać było, że spędzają tam dużo czasu (chyba pochodzili z wioski u podnóża góry).



Aby zakończyć śpiewająco, powinienem wspomnieć o tym, że w czasie drogi tam i z powrotem uczestnicy wycieczki spędzali czas na śpiewaniu. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że:

  • Wykonywano całkowicie nam nie znane hinduskie kawałki biesiadne (to jeszcze nie jest takie złe)
  • To nie był śpiew, to była konkurencja pod tytułem 'kto głośniej wypatroszy kota', w której wszyscy startują jednocześnie
  • Trwało to całą podróż, uwzględniając noc, i powrót wieczorem (około 6 godzin w jedną stronę)
Ja przeżyłem to już na poprzedniej wycieczce (co prawda nie w takiej skali) i chociaż dalej nie pozwalało mi to przez większość czasu zmrużyć oka, to nie bardzo się tym przejmowałem. natomiast szczególnie Agata wyglądała jakby była na skraju szaleństwa i desperacko rozglądała się za jakimś nożem albo pistoletem, a pewnie granat też by znalazł uznanie.

Nie ma to jak wypoczynek w ciszy i spokoju z dala od wielkiego miasta ;]









czwartek, 16 września 2010

Deszczowa piosenka

Wobec wynurzeń z poprzedniego posta nie można się dziwić, ze biurowy piknik przypadł na porę monsunu.

Nasz zespół - właściwie całe piąte piętro budynku - wybrał się na firmowy piknik. Moi dwaj współlokatorzy z Ghany, Pius i Isaac, którzy normalnie okupują szóste piętro, także się dołączyli. Oh tak, po kilku tygodniach w zatłoczonym Bombaju człowiek musi się gdzieś wyrwać. Gdziekolwiek/Jakkolwiek.
Musieliśmy wstać chyba o 5 rano (och!), żeby zdążyć na wynajęty autobus, który indyjskim zwyczajem i tak się spóźnił o godzinę. Nasza droga prowadziła do Lonavli, dość popularnego hill station*.

*Hill station - zazwyczaj tym mianem określa się górskie miejscowości (no, wzgórzowe), o dobrym klimacie i bujnej roślinności, będące częstym celem wyjazdów wypoczynkowych.




Dojechaliśmy do ośrodka który zorganizował nam 2 atrakcje + lunch + ..podwieczorek (czyli chai i jakąś przekąskę) za 1200 RS (25$) za osobę.

Atrakcja 1:
Zjazd na linie koło wodospadu ( po angielsku najprawdopodobniej rapling).
Mimo siąpiącego deszczu starałem się być suchy, nawet biorąc pod uwagę kolegów z biura, którzy mieli największą frajdę w ochlapywaniu innych wskakując w błotniste kałuże - jak dzieci. Jednak po dotarciu do wodospadu zrzuciłem buty (pewnie jako jedyny) i wbiłem się pod strumień wody (prawie jak wszyscy). Przez pół dnia chodziliśmy w mokrych ubraniach.





Atrakcja 2:
Kajaki na rzece - po kilka minut na osobę. Kajaki były w wersji komercyjnej 'Tesco', ale mimo to utrzymywały się na wodzie. Zdecydowanie wygrałem wszystkie zawody w szybkości - bo chyba nikt z biura jeszcze nie pływał na takim rodzaju łódki. Nawet zdobyłem uznanie głównego ratownika (chyba był ratownikiem, a nie tylko nadzorcą kajaków).



Przed lunchem poszedłem zmienić ubranie na suche. Błąd! Jest monsun, więc główną atrakcją i podstawą egzystencji jest bycie mokrym. Cóż, przynajmniej w komforcie zjadłem posiłek. Jednak przez to straciłem mecz w piłkę błotną (w założeniu nożną), rozgrywaną w typowy indyjski sposób - 'wszyscy na boisko i starajmy się kopnąć piłkę w odpowiednim kierunku'. Ostatecznie wygrali ci z prawej. A może jednak ci drudzy?

Na koniec był gwóźdź programu. Taniec w deszczu. Ponieważ opadów mogło w oczywisty sposób zabraknąć, to potańcówka odbyła się na basenie dookoła fontanny - tak eufemistycznie można by nazwać wysoki pal z wodą tryskającą we wszystkie kierunki. Wszyscy bawili się znakomicie w rytm indyjskiej muzyki popularnej.

A po powrocie z cichej okolicy do centrum dużego miasta, gdy wysiada się z autobusu, w człowieka uderza fala hałasu (i ekhm.. zapachu). Co za wrażenie...

Smutny deszcz?

Na dworze pada deszcz. Powiedzielibyśmy - 'barowa pogoda'. No, z założeniem że 'bar' istnieje i nie został jeszcze zmyty do innego slumsu. Smutno i mokro, najlepiej zostać w domu i nie wystawiać nosa za drzwi... czyżby? W Polsce takie podejście wydaje się naturalne, właściwie - jedyne słuszne. Tutaj jest zupełnie na odwrót. Monsun w Indiach jest najwspanialsza i najbardziej wyczekiwaną porą roku, a deszcz to rozrywka sama w sobie.

Jak podróżować, to w monsunie, bo jest orzeźwiająco.

Jak jeździć na motorze, to najlepiej w deszczu, bo jest fajniej.

Jak odwiedzać jakieś miejsce, to w monsunie, bo jest zielono, a jeziora są pełne (w porze suchej poziom wody może spaść do zera i w niektórych miastach, jak na przykład w Pushkarze, jeziora znikają zupełnie). Jak powiedział ostatnio jeden ze Hindusów w autobusie do Udaipuru:
"Macie szczęście, że jedziecie teraz, bo pada!"

Jak tańczyć to w deszczu, bo jest lepsza zabawa.

Jak robić cokolwiek, to w czasie opadów - no bo tak.

Podsumowując - wszyscy cieszą się z deszczu, a im więcej tym lepiej, gdyż to oznacza ze będzie więcej wody i starczy jej na dłużej - jako ze deficyt H2O jest poważnym problemem na subkontynencie.

Na przykład firmowy turniej piłki nożnej rozgrywany jest w monsunie, wobec czego na boisku woda sięga do kostek i równie dobrze można by dawać odznaczenia za grę w piłkę wodną.

środa, 1 września 2010

Imperium siatek

W życiu nie dostawałem tylu nylonowych siatek.

Na przykład ciasteczka - do woreczka -> do pudelka -> pudełko do siatki (zapieczętowanej zszywaczem) -> i całość do kolejnej siatki.

Standardowy indyjski obiad na wynos - sos 1, sos 2, ... ,sos n, pikle, cebula z cytryną, curd (coś w ogólnym zarysie przypominające maślankę) - wszystko w osobnych siateczkach (plus duża siatka na wszystko). Nawet kupując jedna samosę w szopie na ulicy dostajemy zestaw różnorakich siateczek.

Powódź plastiku!